środa, 15 kwietnia 2015


Notatki: 1977 c ; 1978

O rozwoju społeczeństw i o względności prawd.         




Lipiec 1977.

Wojownicy i dominatorzy.


To w facetach natura przy pomocy fizycznych chemicznych czynników ulokowała tą gorszą, bardziej agresywną, a w kobietach tą lepszą, łagodniejszą, bardziej spolegliwą część człowieka. Oczywiście zróżnicowanie fizjologiczne i psychiczne mężczyzn i kobiet czemuś służy. Jest potrzebne do prokreacji i trwania ludzkiego gatunku. Nikt nie ma wpływu na to, kim się urodzi i na to czy będzie kobietą czy mężczyzną. To od jednostki zależy, w jaki sposób zagospodaruje otrzymaną naturę, jakim będzie człowiekiem. Jednak to my, faceci jesteśmy bardziej egoistyczni, zadufani, mniej wrażliwi i otwarci na innych. Nasza męska siła służy niestety nie tylko do obrony rodzin, grup, społecznych i narodowych wspólnot, ale często tez do dominacji i zaspakajania własnych, egoistycznych potrzeb. W przeważającej mierze, to my, faceci przemy do władzy, wywołujemy wojny, jesteśmy przestępcami, bezwzględnymi tyranami. Przez wieki ukształtował się patriarchat, męska dominacja. Szczególnie upokorzone są kobiety w społeczeństwach wyznających Islam, ale i u nas w rodzinach, grupach, w społecznościach to my mężczyźni wykorzystujemy swoją przewagę fizyczną i często podporządkowujemy sobie kobiety. Być może świadczy to nie tylko o naturze mężczyzn, ale w ogóle o naturze ludzkiej. Dziś, gdy do dominacji nie potrzeba siły, coraz częściej dochodzi do tyranizowania, zniewalania zarówno mężczyzn jak i kobiet przez kobiety.
Emancypacja kobiet nabiera, co prawda przyśpieszenia, jednak w dalszym ciągu napotyka duży opór i to o dziwo, opór nie tylko ze strony nas mężczyzn, ale i ze strony dużej części kobiet.



Lipiec 1977.

O swoich lingwistycznych, emocjonalnych ułomnościach. Hamulce.


Moje zahamowania przyjmują między innymi postać nieracjonalnych, silnych hamulców przed używaniem w czasie mówienia zbyt dużej ilości słów i bogatego, wyszukanego, kwiecistego słownika. Wypowiadając jakieś używane mniej powszednio słowa mam uczucie niestosowności, popisywania się. Utrudnia to wypowiadanie się, gdyż słowa potoczne nie zawsze oddają wiernie, całościowo sens tego, co chce się przekazać.  Mniejsze tego typu hamulce występują u mnie przy pisaniu. Używanie wyszukanych, adekwatnych do sensu wypowiedzi słów i zwrotów znakomicie ułatwia wypowiedź. Oczywiście, jeśli jest to nagminne, niepotrzebne, jeśli słówek takich używa się do zakomunikowania prostych myśli, czy myśli, które można oddać zwykłymi słowami to takie praktyki śmieszą. Jednak zbytnia oszczędność utrudnia klarowne wypowiedzi i porozumienie.  Czasami wydaje mi się, że moje myślenie jest dość powolne. Odbieram zrazu to, co się dzieje obok mnie bardziej intuicyjnie niż werbalnie. Potrzebuję trochę czasu, by odczucia przyjęły kształt werbalny może, dlatego moje wypowiedzi są niezborne, „ciężkie i kulawe”, choć z drugiej strony chyba nie jestem na bakier z myśleniem logicznym, analitycznym i syntetyzującym, lubię analizować matematyczne i fizyczne zagadnienia, rozwiązywać zadania. To chyba brak odwagi jest przyczyną moich kłopotów. Na ile ten brak odwagi wynika z moich genetycznych uwarunkowań a na ile z ukształtowanie osobowości w dzieciństwie, trudno rozstrzygnąć.

....................Dziwne, ale na alkoholowym rauszu werbalizacja przebiega u mnie zdecydowanie szybciej, a potok słów jest zdecydowanie większy.


Lipiec 1977 r.

Międzypokoleniowe relacje.


W dzieciństwie, we wczesnej młodości przyjmujemy postawę negacji wszystkiego, co stare, przeszłe, zupełnie ignorując dorobek intelektualny i doświadczenie minionych pokoleń, zachłystujemy się bezkrytycznie „nowym”, nowymi prądami w kulturze, sztuce, rozrywce, nowymi teoriami, ideami itd. Nie chcemy uznać mądrości pokoleń. Nie rozumiemy, że można budować „nowe” na szacunku do minionego, że można rozwijać, udoskonalać tylko to, co zastane. Chcemy budować od podstaw, od zera, burząc to co przeszłe. Z kolei, niektóre osoby ze starszego pokolenia pozostają w postawach mocno konserwatywnych, nie rozumieją, że świat jest w ciągłym ruchu, zupełnie negują potrzebę rozwoju, negują potrzebę człowieka, społeczeństw do doskonalenia się, nie dociera do nich to, że przecież ich sposoby myślenia i działania też są wynikiem rozwoju wcześniejszych pokoleń, że ich życie znajduje się w pewnej fazie rozwoju ludzkiego świata. Szybko zapominają o swoich młodzieńczych buntach, młodzieńczej niezgodzie na zastaną rzeczywistość, o swoich fascynacjach nowościami i potrzebie uczestniczenia w przekształcaniu świata i odbierają prawo do takich fascynacji i działań następnym pokoleniom. Każdemu pokoleniu wydaje się pewnie, że wypracowane przez nie sposoby myślenia, działania, odbierania świata są już optymalne, idealne, niepodważalne. Myślę, że ludzie mądrzy, wrażliwi, otwarci na innych, przyjmują złożoność świata, i to, że jest on w ciągłym ruchu, za coś normalnego. Nie negują automatycznie, bezmyślnie, otwierają się na inności, na różnorodności, starają się z nich czerpać to, co uważają za pozytywne, co czyni ich życie łatwiejszym, bogatszym. Stare i nowe nie muszą się zwalczać, mogą żyć w symbiozie, mogą nawet siebie cenić i lubić.
Zmagania „nowego” ze „starym”, opór „starego” i napór „nowego’ są w naszym ludzkim świecie czymś normalnym i jeśli tylko zachowany jest umiar, równowaga sprzyjają one harmonijnemu rozwojowi ludzkiej wspólnoty. Jeśli wspólnoty uświadamiają sobie, że między „starym” a „nowym” obok walki musi istnieć swoisty konsensus, zgoda na ewolucyjne zmiany, jeśli istnieje świadomość naturalności i nieuchronności ewolucji, to rozwój takich wspólnot jest harmonijny, bez-wstrząsowy. Jeśli jednak „stare” jest zbyt zakorzenione i jeśli stawia zbyt duży opór nowym prądom ujawniającym się wewnątrz wspólnot, ale też wobec trendów światowych, społeczności takie staja się zacofane i z reguły nieprzejednane i wrogie wobec inności i wobec otaczającego świata i często reakcją z ich strony jest terror. Z kolei, gdy „nowe” jest zbyt niecierpliwe, zadufane w swoje racje i swoją mądrość, jeśli to nowe myślenie jest równie nieprzejednane i staje się obsesją może przyjąć formę działań gwałtownych, rewolucyjnych burzących i również terrorystycznych.


   
Wrzesień 1978 r.

O dwóch charakterystycznych typach ludzi (jednych z wielu), których można spotkać wszędzie.


Typ X


X ma ciągłe pretensje do innych. Uważa, że nikt go nie rozumie, że całe zło, które go spotyka, spotyka go z powodu innych osób. Nie umie dojrzeć przyczyn swojej „niedoli” w sobie. Brak pokory, to ciągłe doszukiwanie się zła, przyczyn jego życiowych porażek, złego stanu ducha poza sobą, u innych jest uciążliwe dla otoczenia. Jest to uciążliwe, jednak nieodpychające. Można go zrozumieć, gdyż te ciągłe pretensje do otoczenia nie są spowodowane chęcią poniżania innych, lecz chęcią usprawiedliwiania się, wytłumaczenia swoich porażek i chandr. Jest on w pewnym stopniu schizofrenikiem. Z jednej strony obarcza innych winą za swoje niepowodzenia, z drugiej strony dąży do nawiązania z tymi samymi osobami bliskich kontaktów i to kontaktów na zasadzie partnerstwa, a nawet służy im pomocą.

 

Typ Y


Y jest bardzo w sobie zadufany. Ma niezwykle wysokie o sobie mniemanie. Uważa wręcz siebie za geniusza. Nie jest to samo w sobie złe. Jednak w połączeniu z lekceważącym stosunkiem do innych jest nie do zniesienia. Y uważa, że nikt z jego otoczenia nie dorasta mu do pięt, wszyscy są mało inteligentnymi, niekulturalnymi i nie elokwentnymi miernotami. Każdą uwagę skierowaną pod jego adresem traktuje jako zamach na jego osobę. Typ Y obok inteligencji prawdziwej posiada dużo „inteligencji” wydumanej, napuszonej, pustej, chybionej, powierzchownej.


Wrzesień 1978 r

Kompleksy i zadufanie.


Kompleksy mogą działać pozytywnie lub negatywnie. Tak jak inne stany ducha i emocji możemy je różnie zagospodarowywać. Mogą być źródłem pokory na bazie, której możemy budować otwartą, ale też z czasem silną, pełną osobowość, mogą też być powodem destrukcji i niemocy, mogą też prowadzić paradoksalnie do budowania osobowości pełnej pychy i nietolerancji. Trzeba być uważnym, aby kompleksy nie przerodziły się w zadufanie. Pozornie są to stany ducha bardzo od siebie odległe. Jednak przeciwległe bieguny najsilniej się przyciągają. Przeciwieństwa: zadufanie i kompleksy mogą prowadzić do tych samych negatywnych zachowań np. do poniżania innych. Kompleksy i zadufanie często idą w parze. Kompleks często prowadzi do chęci udowodnienia sobie i innym tego, że nie jest się gorszym, a nawet, że jest się lepszym od innych. Nie było by w tym nic złego, gdyby działo się to wyłącznie poprzez prezentowanie swoich wartości i umiejętności. Niestety często osoby zakompleksione udowadniają coś kosztem innych, poprzez udowadnianie, że ci inni są gorsi. Nie wystarcza im wykazanie, że są w czymś dobrymi, prawie tak dobrymi, równie dobrymi lub lepszymi od innych. Chcą udowodnić, że inni są gorszymi od nich. Licytują się, udowadniają swoją wyższość poprzez udowodnienie w sposób bezwzględny czyjejś małości. Jest to chorobliwe. Jakaż to satysfakcja płynie z tego, że się udowodni komuś, że jest jeszcze gorszy ode mnie, jakąż to jest satysfakcją być lepszym od kogoś, komu „udowodniło się”, że jest „zerem”. Czy nie lepiej mieć satysfakcję z tego, że choć w części dorównuje się komuś, kogo się ceni, kto jest np. w jakiejś dziedzinie autorytetem lub choćby z tego, że jest się zauważonym, zaakceptowanym? Poczucie swojej niższości, nieumiejętności w jakiejś dziedzinie nie stanowi zagrożenia, nie jest destrukcyjne, jeśli się posiada ogólne poczucie swojej wartości. Problem pojawia się przy ogólnym swoim niedowartościowaniu na tle społeczności czy grupy. Wtedy to pojawia się problem wykazania się za wszelką cenę. I jak już wcześniej napisałem często dzieje się to nie poprzez pokazanie rzeczywistej swojej wartości, lecz poprzez wykazywanie czyjejś ułomności. Jestem nisko, niech inni będą jeszcze niżej, zamiast: ktoś jest bardzo dobry, ja chciałbym być też dobrym, może nawet mu dorównać, ale nic się nie stanie jeśli będę od niego trochę gorszy.
Sposób wejścia w dorosłe życie i sposób w nim funkcjonowania w ogromnym stopniu zależy od stopnia zakompleksienia w dzieciństwie. Czasami kompleksy są tak głębokie, że pozbywanie się ich trwa przez całe dorosłe życie. Kompleksy są przyczyną zła i wielu problemów. Niemniej człowiek, który nigdy nie miał choćby niewielkich kompleksów, też wydaje się dziwnym, nazbyt pewnym siebie, zadufanym. Odrobina kompleksów nie jest zła, nikomu nie zaszkodzi, a nawet jak pieprzyk na czole może dodać uroku. Ktoś, kto przeszedł trudną drogę wyzwalania się z kompleksów i któremu się to udało może być człowiekiem bardzo otwartym, wyrozumiałym, wzbudzającym zaufanie.


Wrzesień 1978r.

Z obserwacji.

 

Honor, duma, pycha.


Często kogoś, kto na co dzień wydaje się być dumny, drażliwy, cechuje po prostu pycha, a w sprawach istotnych honor nie ma dla niego znaczenia, ustępuje całkowicie przed chęcią odniesienia własnych korzyści.


Zazdrość o osobę.


Czy może jest to żal za utratą swoich przywilejów, dobrej opinii, akceptacji w oczach drugiej osoby, za utratą swego dowartościowania w tej osobie? Czy jeśli się prawdziwie kogoś kocha (a nie kocha siebie poprzez kogoś) utrata przychylności u drugiej osoby, wzajemności uczuć może nie przerwać uczucia miłości do tej osoby i czy można akceptować jej nowe wybory?

Charyzma.


Czy ludzie z charyzmą, to tylko ludzie z mocną wiarą w siebie, odważni, stanowczy jednocześnie bezpośredni i otwarci w kontaktach z innymi? Czy przywódcą zostaje ten, kto potrafi jasno wyrazić swoje poglądy, który potrafi do nich przekonać innych, który wie, czego chce, a przynajmniej nie daje poznać innym, że ma jakieś rozterki i niepewności?. Czy to ktoś, kto potrafi wyrazić to co nurtuje jego i inne osoby podobnie myślące lecz mniej otwarte?

Osoby charyzmatyczne maja dużą siłę oddziaływania i przekonywania. Charyzma nie narzuca, ale proponuje, działa swoim przykładem, swoją osobowością. To nie osoba która jest charyzmatyczna narzuca innym swoje przekonania, to osoby które mają z nią kontakt same czerpią z niej siłę. Charyzma to dar, ale też budowana jest ona ciężką, mozolną pracą nad sobą.


Wrzesień 1978 r.

O względności „prawd”.


Wydaje się, że nie ma prawd ostatecznych, całkowitych. Wszystko jest względne? Można coś określić tylko względem czegoś. Ten relatywizm przeraża. Żadne twierdzenia, czy żadne teorie nie są całkowicie prawdziwe, czy całkowicie fałszywe, nie są ostateczne, absolutne?
Upieranie się, że Bóg na pewno istnieje, jak i upieranie się, że Boga na pewno nie ma jest obarczone pychą, zarozumialstwem w stosunku do niewierzących lub wierzących? Można jedynie stwierdzić: nie wiem, czy Bóg istnieje, czy nie istnieje? Jeśli się czegoś nie wie na pewno, to nie można twierdzić, że się wie?
Jeśli się kategorycznie twierdzi, że kamień jest twardy (wg przyjętej skali twardości!!) to chyba jest to twierdzenie pozbawione pychy? Zresztą musimy się na czymś oprzeć, inaczej wszystko byłoby bezsensem. Czy cokolwiek jest pewne? Czy jedynie twierdzenie, że niczego nie wiemy na pewno (że wiemy, że nic nie wiemy) jest jedynie słuszne i jest pozbawione pychy? Czy z kolei to twierdzenie nie wywołuje stany naszej niemocy? Czy ciekawość, chęć zgłębienia prawdy obiektywnej nie jest motorem rozwoju, motorem poznawania świata?



O rozwoju społeczeństw.

Zarówno teorie głoszące, że istnieje determinizm historyczny, determinizm rozwoju społeczeństw, jak i teorie głoszące, że rozwój społeczeństw jest całkowicie przypadkowy, że nie zmierza w jakimś kierunku są chyba teoriami nieprawdziwymi, czy nie zupełnie prawdziwymi? Nie jest tak, że istnieją ściśle określone, zapisane na „górze” fazy rozwoju, że po każdej fazie musi na pewno nastąpić kolejna ściśle określona faza, taka a nie inna? Nie jest też tak, że społeczeństwa nie podlegają rozwojowi idącemu w pewnym kierunku, że wszystko jest całkowitym przypadkiem? Obie teorie są prawdziwe częściowo? Prawdy częściowe nie mogą być uznawane i głoszone za prawdy absolutne.



Wrzesień 1978 r.

Filozofowie zadają pytania.


Filozofowie zadają pytania, starają się zrozumieć świat, znaleźć odpowiedzi dotyczące sensu istnienia. Pytania te pozostają bez odpowiedzi. Próby odpowiedzi, uporządkowania myśli o świecie, o zjawiskach wywołują następne pytania, może sięgające głębiej, ale i na nie, nie uzyska się ostatecznych odpowiedzi. Myślenie szukające odpowiedzi na pytanie po co żyć i jak żyć, szukające wyjaśnienia zagadki istnienia przybiera różne formy. Jedną z nich jest myślenie religijne. Teologia stara się nadać duchowości człowieka, wierze religijnej znamiona naukowego, filozoficznego poznawania, naukowego zrozumienia, stara się podbudować już istniejącą wiarę? Człowiek swą świadomością wykracza poza ramy biologicznego istnienia, jest jego naturalnym prawem a może uzurpuje sobie prawo do szukania kosmicznego ładu. Chyba nie jest w mocy człowieka zawyrokować co jest prawdą a co mitem. A może są niepodważalne olśnienia? Prawdy i mity są mu potrzebne- są mu rzeczywiste.
Mówisz, że nie wierzysz. Wyrażasz tym samym swą wolę wiary w niewiarę? Stany wiary i niewiary są równorzędne? Czy mówiąc nieco cynicznie, że nie wierzysz, jest ci z tym lepiej? Czy nie zamykasz sobie drogi wyjścia, drogi dojścia, czy nie jesteś w stanie bezsilności, bezsensu? Czy nie lepiej powiedzieć: „nie wiem czy wierzę, czy nie wierzę, nie wiem czy coś jest tak czy tak”? Ale czy przyznajesz się tym samym do bezsilności, bezsensu, stanu odrętwienia, ogłupienia, czy może do stanu otwartości?
Uczucie pewności jest uczuciem przyjemnym, dającym psychiczny komfort. Przy osobie pewnej siebie czujemy się albo bezpieczniej, albo czujemy się bardziej zagrożeni w zależności od sytuacji i kontekstu. Osobę z rozterkami postrzegamy, jako osobę słabą. Czy zawsze jest to uzasadnione? Niepewność nie musi oznaczać słabości. Nie zajmując wyraźnego stanowiska, nie występując przeciw nikomu i niczemu, nie wyrażasz swojej słabości. Chcesz łaski wiary. Jesteś silny i otwarty na wszystko, niczego nie negujesz. Mówiąc „nie wiem” nie jesteś butny, zarozumiały, przyznajesz się do swej małości i słabości, jesteś pokorny wobec świata, Boga i istnienia. Czy jesteś słaby, bezkształtny jak ameba, czy jesteś silny pokorą? Czy ograniczasz się mówiąc „nie wiem”, czy ograniczasz się mówiąc „wiem”? Czy mówiąc wiemy wszystko, nie mówimy tym samym „nie chcemy wiedzieć więcej”, nie skazujemy siebie i świata na stagnację, na nierozwój? Czy nie lepiej powiedzieć „nie wiemy” lub „wiemy częściowo, niepełnie, ale chcemy wiedzieć więcej, jesteśmy ciekawi świata, istnienia”, czy nie jesteśmy wtedy prorozwojowi?. Czy stan „jestem pewien, wiem zupełnie” nie jest ograniczaniem się, stagnacją? Skoro jestem pewien, skoro już „wiem wszystko, wiem całkowicie” to nie ma sensu poznawać więcej.
„Jest jak jest”, to deklaracja wiary czy niewiary, bezsilności, czy otwartości i pokory, czy prowadzi do zwątpienia i marazmu, czy jest punktem wyjścia do poznawania, do rozwoju? Nie jesteś „przeciw”, nie jesteś „za”- czy znaczy to, że nie jesteś „w ogóle”, czy że jesteś butnym „ponad”, a może jest to chęć rozejrzenia się „z góry”, ale to „ponad” to nie góra pychy, tylko góra pokory?
Sceptyk nie musi być cyniczny, nie musi być „anty”, to, ktoś dociekliwy, ciągle badający, ciągle szukający, ale niepodważający, czy tym bardziej niewyśmiewający religijnych, ideologicznych, kulturowych doświadczeń innych. Nie mówi o sobie, że jest wierzący, czy że jest niewierzący. Rozdarcie człowieka, ból psychiczny polega na jego zawieszeniu, na tym, że „Wie, że niczego nie wie”. Posiadł świadomość cząstkową, która jednak nie jest w stanie wytłumaczyć istnienia świata, sensu istnienia.



Xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Lipiec 1977 r.

Międzypokoleniowe relacje.


W dzieciństwie, we wczesnej młodości przyjmujemy postawę negacji wszystkiego, co stare, przeszłe, zupełnie ignorując dorobek intelektualny i doświadczenie minionych pokoleń, zachłystujemy się bezkrytycznie „nowym”, nowymi prądami w kulturze, sztuce, rozrywce, nowymi teoriami, ideami itd. Nie chcemy uznać mądrości pokoleń. Nie rozumiemy, że można budować „nowe” na szacunku do minionego, że można rozwijać, udoskonalać tylko to, co zastane. Chcemy budować od podstaw, od zera, burząc to, co przeszłe. Z kolei, niektóre osoby ze starszego pokolenia pozostają w postawach mocno konserwatywnych, nie rozumieją, że świat jest w ciągłym ruchu, zupełnie negują potrzebę rozwoju, negują potrzebę człowieka, społeczeństw do doskonalenia się, nie dociera do nich to, że przecież ich sposoby myślenia i działania też są wynikiem rozwoju wcześniejszych pokoleń, że ich życie znajduje się w pewnej fazie rozwoju ludzkiego świata. Szybko zapominają o swoich młodzieńczych buntach, młodzieńczej niezgodzie na zastaną rzeczywistość, o swoich fascynacjach nowościami i potrzebie uczestniczenia w przekształcaniu świata i odbierają prawo do takich fascynacji i działań następnym pokoleniom. Każdemu pokoleniu wydaje się pewnie, że wypracowane przez nie sposoby myślenia, działania, odbierania świata są już optymalne, idealne, niepodważalne. Myślę, że ludzie mądrzy, wrażliwi, otwarci na innych, przyjmują złożoność świata, i to, że jest on w ciągłym ruchu, za coś normalnego. Nie negują automatycznie, bezmyślnie, otwierają się na inności, na różnorodności, starają się z nich czerpać to, co uważają za pozytywne, co czyni ich życie łatwiejszym, bogatszym. Stare i nowe nie muszą się zwalczać, mogą żyć w symbiozie, mogą nawet siebie cenić i lubić.

Zmagania „nowego” ze „starym”, opór „starego” i napór „nowego’ są w naszym ludzkim świecie czymś normalnym i jeśli tylko zachowany jest umiar, równowaga sprzyjają one harmonijnemu rozwojowi ludzkiej wspólnoty. Jeśli wspólnoty uświadamiają sobie, że między „starym” a „nowym” obok walki musi istnieć swoisty konsensus, zgoda na ewolucyjne zmiany, jeśli istnieje świadomość naturalności i nieuchronności ewolucji, to rozwój takich wspólnot jest harmonijny, bez-wstrząsowy. Jeśli jednak „stare” jest zbyt zakorzenione i jeśli stawia zbyt duży opór nowym prądom ujawniającym się wewnątrz wspólnot, ale też wobec trendów światowych, społeczności takie staja się zacofane i z reguły nieprzejednane i wrogie wobec inności i wobec otaczającego świata i często reakcją z ich strony jest terror. Z kolei, gdy „nowe” jest zbyt niecierpliwe, zadufane w swoje racje i swoją mądrość, jeśli to nowe myślenie jest równie nieprzejednane i staje się obsesją może przyjąć formę działań gwałtownych, rewolucyjnych burzących i również terrorystycznych. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz