Notatki: 1977 b
O złotych środkach i równowagach.
10
czerwca1977 r.
Człowieczeństwo.
Wolna wola. Odpowiedzialność człowieka za siebie.
W
jakim stopniu o charakterze człowieka, o jego sposobie myślenia, o jego czynach
decydują jego wrodzone predyspozycje, a w jakim późniejszy ciąg zdarzeń,
okoliczności, ciąg myślenia, odczuwania? Czy człowiek winien jest temu, jaki
się urodził? Czy z kolei winien jest temu, że podlega takiej czy innej obróbce,
takiemu czy innemu oddziaływaniu? A
jednak człowiek ma wolną wolę, wolny wybór. Jego predyspozycje i
wpływ oddziaływań otoczenia są jednak zmieniane, modyfikowane przez jego
proces myślowy, przez wartościowanie i przewartościowywanie idei, zachowania
itd. Człowiek posiada wolną wolę, wolny wybór, jest odpowiedzialny za
kształtowanie siebie, za czynienie dobra i zła. Jest we mnie trochę
Hitlera, Stalina, trochę Matki Teresy, Brata Alberta. Ode mnie zależy, co
wybiorę, co dopuszczę do rozwinięcia się we mnie, a co odrzucę. Czy gdyby
człowiek był zaprogramowany wyłącznie na dobro, lub wyłącznie na zło, czy byłby
dobrem, lub złem skoro nie byłoby wyboru? Gdyby podjęcie dobra lub zła nie było
wyborem, gdyby ludzie byli absolutnie ukierunkowani w swym myśleniu i
działaniu, czy byliby różnymi bytami? Czy dobro i zło mogą istnieć bez siebie
niezależnie?
Ludzi-istoty
myślące nie można porównywać do sfory psów, wytresowanych, ukierunkowanych
przez człowieka na jednakowe zachowania. Czy ludzie myślący tak samo, w danym
momencie, mający te same poglądy na określony temat są w tym momencie, czy w
odniesieniu do danej sprawy jednym bytem? Są przecież różnymi osobami,
myślącymi i czującymi oddzielnie i samodzielnie, dochodzącymi do swoich
poglądów indywidualnie.
.........Źle
postawiony problem? Czy są źle postawione problemy? Czy są dobrze postawione problemy?....
Kamień
jest poddany siłom przyrody, prawom fizyki, chemii itd. Spadający z góry nie ma
wpływu na drogę spadania. Rośliny mniej trwałe od kamieni są poddane siłom
przyrody, dążą jednak do wzrostu, do rozwoju i do możliwie długiego trwania. Są
już w jakiejś mierze samodzielne. Mogą w pewnym sensie (nieświadomie) dokonywać
wyborów, np. korzenie, łodygi szukają optymalnych kierunków, dróg, miejsc
wzrostu, choć można to też nazwać „automatycznym” wykorzystywaniem optymalnych
warunków tworzonych przez naturę. Są przez naturę kierowane. Zwierzęta mają już
znaczne możliwości wyborów. Świadomość i możliwość świadomego dokonywania
wyborów przez człowieka, jego wolna wola, jest niesamowitym cudem. Jest jego
mądrością, jest jego siłą i słabością. Jest jego wyróżnikiem i nobilitacją.
Czy
dokonywanie wyborów mogłoby odbywać się tylko w sferze dobra i szczęścia, a zło
i nieszczęście mogłyby nie istnieć? Czy mianem zła, nieszczęścia określa się
tylko wszystko to, co uniemożliwia i utrudnia trwanie i rozwijanie się gatunku
ludzkiego? Dlaczego jest tyle nieszczęść? Co to jest cierpienie? Dlaczego i po
co istnieje cierpienie?
Czy
istoty ludzkie, ułomne, o świadomości zredukowanej do świadomości zwierząt
posiadają duszę? Każdy człowiek przychodzący na świat jest potencjałem
człowieka świadomego, przychodzi na świat po to, by być pełnym człowiekiem. Czy
człowiek jest niewolnikiem swego mózgu, jakości mózgu? Człowiek ułomny nie ma
lub ma ograniczony wpływ na kształtowanie i rozwój swojego myślenia, swojej
osobowości. Nie rozróżnia, lub ma trudności w rozróżnianiu dobra i zła. Czy
człowiek „świadomy” zawsze w pełni je rozróżnia? Czy zawsze działając źle,
działa pomimo swej wiedzy, że czyni zło? Gdzie znajduje się granica
poczytalności człowieka? Gdzie znajduje się granica jego świadomości? Czy
przestępca nie jest człowiekiem ułomnym, tzn. czy samo czynienie zła nie jest
już jego ułomnością? Intelektualista, myśliciel nie musi być bardziej
człowieczy od innych. może również czynić zło. Może też być ułomnym. Człowiek
może brnąć, może rozsmakowywać się w różnych rzeczach, w różnych procesach,
może brnąć, „rozsmakowywać się” również w dobru jak i w złu. Jeśli brnie,
„rozsmakowuje się” w złu, pomimo świadomości tego że czyni zło, jeśli brnięcie
w zło jest silniejsze od niego, od jego woli, by tego nie czynić, to czy nie
jest on psychicznie ułomny, chory? Czy jego zła wola nie jest chora?
15
czerwca 1977 r.
O
sumieniu.
Czy
dekalog, etyka, to mądrość ludzkich pokoleń ujęta w formę przekazów, przepisów,
„napisanych” przez zbiorowe sumienie, to mądrość zrodzona i ulepszana z
doświadczeń i obserwacji przekazywanych z pokolenia na pokolenie, umożliwiająca
rozwój rodzaju ludzkiego i zabezpieczająca go przed upadkiem i katastrofą? Czy
są one „napisane” przez naturę i doświadczenie człowieka, czy są one nadane
przez Boga? Czy taka sama etyka dotyczy każdej ludzkiej istoty, niezależnie od
jej stopnia rozwoju i czasu, w jakim żyła? Co to jest sumienie? Czy człowiek z
nieucywilizowanego plemienia, zabijający wroga ma wyrzuty sumienia, czy żałuje
swego czynu dokonanego w złości, w chwilach nienawiści, czy może jest z tego
dumny? Czy tzw. obiektywne zło, czy dobro definiowane przez nas jest złem i
dobrem również dla niego? Czy jest ono definiowane, określane wciąż na nowo?
Czy sumienie jest uwarunkowane przez otoczenie, przez cywilizację, czy jest ono
pierwotne, boskie, zakodowane w człowieku i może być jedynie wyciszone,
wytłumione, znieczulone? Czy dla człowieka pierwotnego liczyło się tylko wąsko
pojęte dobro własne, czy myślał również o dobru innych? W jakich procesach
powstają systemy wartości? W jakim stopniu ludźmi kierują atawistyczne odruchy,
takie, jakie kierują choćby zwierzętami, które dbają o swoje stado, a w jakim
świadomość dobra i zła? Czy za ludzi kalkuluje natura, czy kalkulują oni sami?
Czy gdyby wyodrębniono grupę dzieci nieobarczonych doświadczeniami rodziców i
odosobniono od reszty społeczeństwa wykształciłyby one w sobie znane nam
wartości i zachowania? Prawa, którymi kierują się społeczności odpowiadają
poziomowi ich rozwoju, ale czy podstawy, na których się one opierają są
podyktowane tylko potrzebą przetrwania, czy są one niewzruszone, boskie? Czy
to, że ludzie tworzą, kształtują, rozwijają sumienie jest naturalną
konsekwencją tego, że są oni powołani przez Boga do kształtowania i rozwijania
siebie i świata, do rozwijania swego ducha, swojej boskości?
Obojętność czy niemoc?
Dlaczego tak łatwo przechodzimy do dziennego porządku po
tym jak widzimy w telewizji relacje z dziejących się, w świecie, gdzieś daleko ludzkich
nieszczęść, gdy widzimy koszmarną przemoc jednych wobec drugich?
Może jest tak, że należymy do przyrody, do świata
zwierząt. Dbamy przede wszystkim o siebie, o swoje przeżycie, o przekazanie
życia – naszych genów. Dopiero w drugiej kolejności interesujemy się i dbamy o
bliźnich, tych najbliższych i tych dalekich, o rodzaj ludzki a w dalszej
kolejności o zwierzęta i inne istoty żywe o świat przyrody itd. Różnimy się tym
od innych istot żywych, że stworzyliśmy społeczność ogólnoludzką i mniejsze
społeczności, w których potrafimy zachowywać się empatycznie w stosunku do innych
osób. Jednak każde stworzenie dba w pierwszej kolejności o własne ego, o własne
przetrwanie, czuje bezpośrednio, przez swoje zmysły siebie samego.
A może ilość nieszczęść, których doświadczają ludzie na
świecie jest tak ogromna, tak przytłaczająca, że nie starczyłoby nam czasu ani
sił psychicznych na przejmowanie się wszystkimi. Przejmowanie się wszystkimi i
całym światem nie jest w naszej mocy.
Czerwiec
1977 r.
O
reinkarnacji.
Czy
ciągłość świadomości jest związana z ciągłością bytów? Czy jeśli pozostanie po
człowieku jakiś byt, tak jak to jest głoszone w hinduizmie, zostanie też
zachowana ciągłość świadomości, ciągłość pamięci, pamięć bytu o swym źródle?
Jeśli nie, to czy ma dla kogoś znaczenie to, że uczestniczy w procesie
reinkarnacji? Czy ma dla kogoś znaczenie jego postawa w bieżącym wcieleniu,
poza świadomością krótką, że być może będzie źródłem istnienia bytu
szczęśliwego lub nieszczęśliwego we wcieleniu następnym? Jaki byłby sens
reinkarnacji skoro w kolejnym wcieleniu świadomość nie miałaby powiązania ze
świadomością bytu wcześniejszego? Jaki byłby sens życia ludzkiego, jeśli
świadomość jego znikłaby wraz z przemianą w inny byt? I analogicznie, jaki
byłby sens życia gdyby świadomość zanikała wraz ze śmiercią?
18
czerwca 1977 r.
O ewolucji.
Jeszcze
niedawno, przed potwierdzeniem teorii ewolucji, zastanawiano się, czy człowiek
nabywa i rozwija swój potencjał intelektualny, swój mózg w procesie ewolucji
przez tysiące lat rozwoju, czy taki potencjał jest mu nadany przez Boga i jest zawsze
taki sam, a to, kim się stanie, jak będzie myślał, jaki będzie jego intelekt,
zależy tylko od informacji, które do niego dotrą i od tego, w jaki sposób
zostaną przetworzone. Czy potencjał intelektualny człowieka pierwotnego był
taki sam jak człowieka współczesnego? Czy tzw. człowiek historyczny na osi
czasu rozwoju człowieka jest tak blisko nas ludzi współczesnych, że różnice
między nimi a nami są niezauważalne, pomijalnie małe, nieistotne? Czy rozwija
się człowiek indywidualny, jego mózg, czy jest on ciągle taki sam, a rozwija
się ludzkość, tzn. czy mózg jest tylko coraz lepiej wykorzystywany? Jakie są
udziały jednego i drugiego procesu w rozwoju i jak wpływają one na siebie?
Bądźmy
skromni. Pamiętajmy, że przed nami, w minionych epokach żyli wielcy myśliciele,
których myśli i poglądy również i dziś nie straciły na aktualności i na
wielkości. Oczywiście dzisiaj nieporównanie więcej osób osiąga „umysłowe
szczyty”. Rozwijanie myślenia jest dostępne szerokiej rzeszy ludzi. Dziś mamy
książki, filmy, telewizję, informatykę itd., możemy analizować, syntezować,
przeżywać rzeczywistość i nierzeczywistość poprzez czytanie, oglądanie,
słuchanie, rozmyślanie, medytowanie itd.
19.czerwca
1977 r.
Wpływ
otoczenia na sposób myślenia.
Człowiek
z dzikiego plemienia, czysty mentalnie i ideologicznie, umiejscowiony we
wczesnym dzieciństwie w jakiejś cywilizacji, stosunkowo szybko przejmuje jej
zdobycze i upodabnia się do ludzi z otoczenia. I tak przeniesiony do
społeczności wyznającej jakąś religię, sam staje się jej wyznawcą, przeniesiony
do społeczeństwa nowoczesnego przejmuje od niego jego sposoby myślenia i
zachowania. Zadziwiające jak niewiele trzeba, by człowiek z plemienia
pierwotnego, prymitywnego „przeistoczył” się w człowieka cywilizowanego,
współczesnego, by przeskoczył całe wieki cywilizacyjnego, ludzkiego rozwoju.
Człowiek „pierwotny” jest potencjalnie geniuszem myśli współczesnej. Jego
potencjał intelektualny jest taki sam jak u człowieka ucywilizowanego. Jak
potwornie się mylili w swojej pysze ci „ucywilizowani”, którzy podbijali
plemiona „dzikie” i traktowali ludzi z tych plemion, jako istoty niższe,
niekiedy, jako istoty bliższe zwierzętom niż ludziom „cywilizowanym”, nie
wiedząc, że sami byliby takimi samymi dzikimi ludźmi, gdyby nie przejęli
zdobyczy cywilizacyjnych wypracowywanych i ulepszanych przez wiele pokoleń?
Rozwój cywilizacyjny, kulturowy jest wynikiem coraz lepszego, pełniejszego
wykorzystywania ludzkiego potencjału. Cywilizacja, kultura, ludzka świadomość
rozwija się chyba nieporównanie szybciej od zmian fizycznych dokonujących się w
ludzkim mózgu.
Z
drugiej strony jak wolno wyzwalają się społeczności, zbiorowości ze swoich
tradycji, jak wielka jest jej waga, jak silnie jest ona zakodowana, wryta w
świadomość ludzi, w świadomość zbiorowości. Jak wielka jest inercja myślenia w
grupie? Jak wielka jest siła i wpływ grupy i tłumu? Jak trudno i jak mało osób
zdobywa się na samodzielne myślenie i porzuca bezpieczne przywiązanie do
tradycji i utrwalonych sposobów myślenia otoczenia? Wynika to pewnie w dużej
mierze z przejmowania idei, sposobów myślenia od bliskich, w szczególności od
rodziców, opiekunów, ale także z utożsamiania się z grupą, z tłumem, z
otoczeniem, z poczucia grupowej więzi i grupowego (stadnego) bezpieczeństwa.
Czy
można mieć za złe ludziom to, że żyjąc w takiej a nie innej społeczności
przejmują jej sposób myślenia? Czy gdybym był cały czas od urodzenia na
pustkowiu nie byłbym może ludożercą, a wychowywany np. w islamie nie byłbym
jego gorącym, ortodoksyjnym wyznawcą? Człowiek ma możliwość samodzielnego
kształtowania swego umysłu, ale znajduje się też pod wpływem środowiska,
społeczności, w której żyje, przejmuje ich sposoby myślenia i odczuwania. Jest
duże prawdopodobieństwo, że w środowisku ateistów jego myślenie będzie
ateistyczne a będąc w środowisku ortodoksyjnych islamistów stanie się też
ortodoksyjnym islamistą.
Mózg
ludzki, to genialne narzędzie, o ogromnym potencjale myślowym, które jednak
może być wykorzystane na najróżniejsze sposoby.
Jakie czynniki wpływają na usamodzielnianie się myślenia, na rozwój niezależnego
myślenia analitycznego i syntezującego?
25
czerwca1977 r.
Trochę
filozofki o genezie świata i człowieka.
Z
niebytu, z „chaosu”, z „niepojętego”, z „nienazwanego” wyłonił się Świat?
Rozpoczęło się wielkie i długotrwałe (w naszym ludzkim pojęciu)
„porządkowanie”. „Istnienie” przyjęło formy materialne. Ruch materii, różne
formy jej trwania zaczęły na siebie oddziaływać, wchodzić w układy. Jej różne
formy skupienia- pierwiastki zaczęły wchodzić między sobą w reakcje, dając
najróżniejsze związki, „przymierza”. Kolejnym etapem było powstanie materii
ożywionej, życia, czy może raczej tchnięcie w materię życia – form istnienia.
Wyodrębniły się, wykształciły jednostki, osobniki o wyrafinowanych formach, o
bardzo krótkich okresach istnienia, które przekazywały swoje wzorce,
uporządkowanie swoim następcom. Powstało życie przekazywane z pokolenia na
pokolenie. Znikające, umierające osobniki zaczęły przekazywać swój wzorzec
uporządkowania swoim dzieciom. Nastąpił cud poruszania się, odczuwania,
wreszcie cud myślenia. Powstała- została powołana do istnienia tak wyrafinowana
forma istnienia jaką jest człowiek, człowiek, który zaczął myśleć logicznie,
później również abstrakcyjnie, człowiek istota o zintegrowanym systemie
myślenia, odczuwania, o niezwykle bogatej duchowości i inteligencji, człowiek,
który osiągnął niezwykły, cudowny poziom pojmowania świata i siebie, który
uczestniczy w procesie ciągłego rozwoju.
Człowiek
to efekt ewolucji gatunków zwierząt, zwierzęta to efekt ewolucji istot
ożywionych, istoty te to efekt przemian na Ziemi, Ziemia to efekt przemian
Kosmosu, Kosmos to efekt........???.
Bez
względu na wszystko, czy nie jest cudem istnienie świata, istnienie Ziemi,
życia na Ziemi. Czy nie jest cudem istnienie człowieka, czy nie jest cudem jego
świadomość?
25
czerwca 1977 r.
Zimne
wariacje o życiu i procesie myślenia.
Czy
myślenie jest jedynie formą energii? Czy może być przekazywane innym tylko
poprzez mowę, gesty, pismo? Czy może być również przekazywane, jako odpowiednio
skomponowany, zaprojektowany strumień energii, docierający do innych osób
bezpośrednio, bez czynności pomocniczych? Czy mózg to tylko hiper komputer? Na
czym polega tzw. odgadywanie czyichś myśli? Czy tylko na podobieństwach w
myśleniu lub na wcześniejszym poznaniu osoby i jej psychiki, na korzystaniu z
własnych myśli i doświadczeń? A odgadywanie myśli osób obcych, nowo poznanych?
Czy tylko na prawdopodobieństwie i standardach zachowania i myślenia
przypisywanych danemu typowi człowieka? Jeśli myślenie byłoby tylko strumieniem
energii to wyemitowane istniałoby samoistnie poza osobą (nawet po śmierci)
dopóty, dopóki nie zmieniłoby się w inną formę energii.
Myślenie
nie jest tylko formą energii. Energia nie wyklucza pierwiastka duchowego.
Myślenie ma charakter duchowy. Myślenie jest myśleniem. Nie ważne, jaką ma
naturę i czy istnieje poza naturą. Jest cudem, tęsknotą za absolutem, może
łącznikiem z absolutem, a może formą absolutu. Czy energia emitowana przez żywą
istotę, przez całe jej życie, może być kiedyś zamieniona z powrotem w materię,
w osobę? Czy po zmianie całej materii świata w energię, będzie możliwe
powstanie nowego świata materialnego? A może świat będzie istniał w postaci
ducha, w postaci duchów? (w niebie?)
26
czerwca 1977 r.
Kim jest
człowiek (społeczność ludzka)? Tęsknoty za nieśmiertelnością.
Z
jednej strony człowiek zdobywa się na czyny podłe, zbrodnicze, prymitywne. Jak
mówi się niekiedy: „jest on gorszy od zwierząt” Z drugiej strony osiąga szczyty
dobroci i mądrości. Czy obserwując jak daleko zaszedł w zrozumieniu świata,
siebie, obserwując jego osiągnięcia w nauce, technice, filozofii, sztuce nie
można dojść do przekonania, że jest geniuszem, że jest obrazem Boga?
Życie
ludzi, ich boskość są krótkotrwałe, jak pojawiające się i znikające meteoryty?
Może dojdzie kiedyś do tego, że człowiek zabezpieczy przetrwanie siebie,
rodzaju ludzkiego na wieczność lub przynajmniej na tak długo by nim się
nasycić? Może w tym sensie, tzn. człowiek rozumiany, jako ludzkość, jest
nieśmiertelny? A może dojdzie on kiedyś do tego, że upora się ze śmiercią, z
przemijaniem jednostek? Ludzie przestaną być meteorytami? To ostatnie stadium
człowieka będzie wieczne? Jaka w tym pociecha dla nas, żyjących teraz
śmiertelników? Wolę wierzyć w nieśmiertelność duszy mojej, dusz osób bliskich i
dusz wszystkich ludzi. Czy życie wieczne to może tylko marzenia, bo trudno
sobie wyobrazić wieczność jednostek, całej ludzkości, wieczność życia na Ziemi,
wieczność naszej planety, naszego słońca, naszej galaktyki itd.? Czy człowiek
odkryje kiedyś całą prawdę o świecie, o zachodzących procesach, o życiu, czy
opanuje przemijanie? A jeśli nie, to czy ma znaczenie to, na jakim etapie
zrozumienia się znajdujemy? I tak nie „przeskoczymy” siebie, nie staniemy się
wieczni. Po co żyć wiecznie, czy nie „zanudzilibyśmy się na śmierć”. Wystarczy
tyle życia ile nam dano, niech nasi następcy też trochę pożyją i pokombinują.
Czy
człowiek powinien dążyć do bycia szczęśliwym poprzez świadome łączenie się z
przyrodą, ze światem, poprzez odczuwanie świata, bez zbytniego rozumowania, bez
kombinowania, dociekania, bez ludzkiej pychy by być ponad przyrodą, by być
czymś więcej niż przyroda? Czy z kolei wychodzenie w swym myśleniu ponad
przyrodę, poza kosmos nie jest już samo w sobie poza kosmiczne- boskie? Czy
człowiek powinien wtopić się w przyrodę, być wobec niej pokorny, czy powinien
starać się wyjść poza nią, stawać się obrazem Absolutu? Czy takie dążenie jest
utopijne, jest urojeniem ludzkiego umysłu, jego pychą, czy jest jego
powołaniem?
Czy
Bóg jest poza kosmiczny, ponad kosmiczny, czy Bóg to Kosmos? Czy Bóg to Ktoś
ponad pojęciami, poza poznaniem, poza ludzkimi możliwościami zrozumienia?
Czym
jest nasza świadomość? Czy świadomość ludzka może wyjść poza przyrodę, poza
kosmos? Czy istnieje „Pozakosmos”? Człowiek jest, jaki jest. Umysł nasz jest
jednak ograniczony, nieboski i nigdy nie odpowie na te pytania, jest skazany na
niekończące się szukanie, dociekanie. Czy „świadomość” boska jest świadomością
innej „natury” niż świadomość ludzi, jest ona dla nas niepojęta, czy jest tej
samej „natury” tzn., że człowiek jest obrazem Boga, a jego świadomość jest
wycinkiem, ziarenkiem, odbiciem świadomości boskiej?
Czy
człowieczeństwo nie polega na wybijaniu się ponad przyrodę, ponad zwierzęcość,
na współkształtowaniu swego życia, na tworzeniu nowych wartości (być może
utopii i pozorów)? Czy człowiek, jako część przyrody, aby mógł być szczęśliwym
musi świadomie upodobnić się do zwierząt, do przyrody, blokując umysł, który od
tej przyrody go wyróżnia? Czy wyróżnia? Przyroda nie składa się z jednakowo
myślących i czujących istot. Robak inaczej czuje niż kamień, pies inaczej niż
robak. Człowiek czuje po ludzku, jest to zgodne z jego naturą. Z jednej strony
człowiek stara się odrzucić to, co jest w nim przejęte z przyrody i jest złe
np. zwierzęcą agresję, z drugiej strony dąży do bycia szczęśliwym poprzez
świadome łączenie się z przyrodą, z ziemskim światem, poprzez odczuwanie
świata, bez zbytniego komplikowania, bez ludzkiej pychy, by być ponad przyrodą.
Czym
jest nasza świadomość? Czy ma doprowadzić tylko do uspokojenia, do tego by nie
lękać się śmierci, bez względu na to czy jest ona kresem, czy przejściem do
innego „świata”, do innych form, do innego wymiaru istnienia? Co z kwestią dobra
i zła czynionego za życia? Człowiek nie jest ani dobrem ani złem? Jest, jaki
jest? Czy liczy się ludzkie dążenie do czegoś? Czy jest się takim, jakim się
jest, jakim stworzyła cię przyroda? Bezwolnym? Czy świat istnieje, czy to tylko
iluzja? Czy ja istnieję, czy to iluzja? Czy osiągnięcie stanu uspokojenia, jest
warunkiem osiągnięcia szczęścia, jest największą wartością dla człowieka? Jak?
Jakimi drogami do takiego stanu ducha dojść? Czy szczęście i nieszczęście nie
są stanami ludzkiej wyobraźni? Czy człowiek może zrozumieć świat, istnienie?
Czy może stać się ze światem jednością? Już jest jednością, jeśli jest?
Czy
życie ma sens? Czy śmierć ma sens? Czy myślenie ma sens? Czy nieżycie ma sens?
Czy bycie dobrym lub złym ma znaczenie?
27
czerwca 1977 r.
Czy ja jestem wariatem i cynikiem?
Czy
ja zawsze muszę „zasceptyczyć” nawet to, co uważam za piękne, wzniosłe i
fascynujące, z czym wydaje mi się, że się identyfikuję? Może moją naturą jest
przewrotność, cynizm, diabelskość? Hi, hi, szukam rogów na głowie. Nie
znajduję.
Skazany
na bycie człowiekiem –wieczorne bajanie
Urodziłem
się jako istota zakodowana na myślenie, skazana na świadomość przemijania. –
Istoty takie jak ja nazywają siebie ludźmi.
Skrępowani
łańcuchami DNA, skazani jesteśmy na ból szukania Absolutu i sensu istnienia.
Ironią
losu, niezwykle zwykłym przypadkiem lub cudem jest to, że wszystkie elementy
kodu DNA ułożyły się tak, by powstał człowiek !?
A
przecież mógłbym być wirusem, grzybem lub bakterią.
Nie
myślałbym wtedy o przemijaniu
Nie rozróżniałbym dobra i zła
Nie byłbym nieszczęśliwy
Postanowiłem: od dzisiaj będę bakterią!
………Tylko
czy nie szkoda świadomości tego, że jako człowiek można być i że się jest
czasami szczęśliwym?
Czy
duch (intelekt), twór materii (nukleonów) mający przez całe życie człowiecze
aspirację do bycia bytem niezależnym od materii, bytem „samym w sobie” zanika
wraz z prozaicznym momentem, gdy organizm /materialny/ przestaje dostarczać
energii nukleonom, energii pochodzącej ze spalania materii
Brrrrr. Zrobiło mi się zimno i nieswojo !
Po
co zajmować się opakowaniami, materiami i innymi „bzdurnymi” uwarunkowaniami?
Czy
nie lepiej być duchem, obrazem Boga i drwić sobie ze swej materialności i
przemijalności?
Od
dziś będę duchem!
………Ale
czy nie szkoda tracić doznań materialnych, rozkoszy takich jak chociażby
rozkosz jedzenia, oglądania błękitnego nieba, seksu?
Cholera!
Co mam robić? Kim być?
Czy
być bakterią, czy być duchem?
Chyba
jednak pozostanę przynajmniej jeszcze przez jakiś czas człowiekiem (duchem w materii).
xxxxxxxxxxxxx
W
zgodzie z naturą się czuję? Cóż to znaczy?
Jestem z najróżniejszych poskładany klocków.
Łańcuchem DNA do świata przywiązany
Między tym, co czuje ślimak, koza, człowiek
moje odczuwanie jest rozwieszone
A może jeszcze można by o Absolut zawieszenie dołożyć?
Człowiek, obraz Boga? Chyba jestem zbyt zuchwały, musze się ukorzyć.
Jestem z najróżniejszych poskładany klocków.
Łańcuchem DNA do świata przywiązany
Między tym, co czuje ślimak, koza, człowiek
moje odczuwanie jest rozwieszone
A może jeszcze można by o Absolut zawieszenie dołożyć?
Człowiek, obraz Boga? Chyba jestem zbyt zuchwały, musze się ukorzyć.
Muszę
dzisiaj walkę z takimi natrętnymi, niepotrzebnymi myślami toczyć.
Ratunkiem
byłby telefon i propozycja od
przyjaciół, by na piwo skoczyć
Jeszcze
byłoby lepiej, byłoby wspaniale
Gdyby
dziś Weronika biorąc mnie w ramiona
do
swojego świata wzięła i napełniła mnie nową bezideową nadzieją
27
czerwca 1977 r.
Szczęście a satysfakcja.
Nie ma
czegoś takiego jak stałe szczęście. Człowiek dąży do jego osiągnięcia. Samo
trwanie w jakimś stanie, bez procesu dochodzenia staje się pustką? Trwanie w
stanie narkotycznej euforii, narkotycznego szczęścia staje się po czasie
pustym, bezsensownym trwaniem w miejscu, staje się nieszczęściem?
O złotych
środkach i równowagach.
Świat dąży do równowagi,
jego funkcjonowanie opiera się na równowadze. Równowaga ogólna składa się z
równowag cząstkowych. Te równowagi cząstkowe, równowagi różnych systemów,
zjawisk są zbudowane z kolejnych bardziej szczegółowych równowag cząstkowych.
To, co dzieje się na Ziemi również podlega prawu dążenia do równowagi?
Również
funkcjonowanie ludzi, społeczeństw opiera się na równowagach. Te równowagi
można opisywać na różne sposoby, używając różnych wypracowanych aparatów
opisowych. Są one definiowane, jako np. równowagi socjologiczne, polityczne,
psychologiczne, ekonomiczne itd. Można mówić np. o równowadze między narodowymi
kompleksami a narodową dumą, o równowadze między dawaniem i braniem itd. itp.
10
lipca 1977 r.
Rola słów.
Nie
doceniamy roli słów, gestów w naszym życiu. Słowa mogą budować i dawać życie,
mogą też burzyć i zabijać. Słowami, gestami, czynami przekazujemy swój stosunek
do innych. Czy można sobie wyobrazić porozumienie między ludźmi, między
społeczeństwami bez słów? Niezbyt szczodrze obdarowujemy się dobrymi słowami na
codzień. Jesteśmy egoistyczni lub nie potrafimy obdarowywać nimi bliźnich.
Słowa są potrzebne kochankom w zalotach, słowami mozolnie, dzień po dniu możemy
budować, utrwalać i pogłębiać więzi, więzi przyjaźni, więzi miłości. Słowami
możemy też ranić i niszczyć. Zwracając uwagę innym, uświadamiając im ich
przywary, niezbyt pozytywne reakcje, zachowania możemy im pomóc w zauważeniu i
w przebudowaniu sposobu myślenia, ale czyńmy to z delikatnością i uważnością, w
odpowiednim czasie, miejscu i w odpowiedniej formie, aby nie okazało się to
zbyt bolesnym, aby nie wywołać przeciwnych do zamierzonych skutków. Sami
otwierajmy się na słowa krytyki, analizujmy je i jeśli uznamy je za uzasadnione
starajmy się je wykorzystać w przebudowie naszego „ja”, w przebudowie naszego
życia.
14
lipca 1977 r.
Nie bądźmy
tacy bardzo zdroworozsądkowi.
Nie
bądźmy racjonalni aż do oschłości, sterylnie czyści, bezgrzeszni, bezduszni.
Nie bądźmy tacy znormalizowani. Nie wymagajmy od siebie i przede wszystkim od
innych by zachowywali się ściśle wg przyjętych norm społecznych,
środowiskowych, towarzyskich wg norm ustalonych przez nas samych. Nie oceniajmy
zbyt surowo, zbyt kategorycznie czyichś nieporadności, niedoskonałości,
ułomności. Bądźmy wyrozumiali, pomagajmy innym podźwignąć się z upadków
Pozwólmy sobie i innym na pomyłki. Nie róbmy z nich tragedii. Życie bez błędów
byłoby jeszcze bardziej nudne. Dajmy żyć garbatym, nie zabijajmy ich tylko, dlatego,
że nie mieszczą się w tworzonych przez większość standardach. Nie ma ludzi
idealnych. Przyjrzyjmy się sobie dokładnie. Każdy z nas ma jakiegoś garba.
14
lipca 1977 r.
Kłopoty z
psychiką.
Bardzo
trudno jest mi się otworzyć na nowe środowiska, nowo poznanych ludzi, nawet,
gdy odbieram je /ich/ od razu pozytywnie, czuję ich życzliwość i to że mogę im
zaufać. Jest to chorobliwe, wręcz organiczne, zakodowane tak głęboko, że żadne
racjonalne argumenty nie mają tu żadnego znaczenia. Cholerne kompleksy, ale i
świadomość rzeczywistych ograniczeń takich jak choćby brak elokwencji,
umiejętności improwizacji powodują lęki przed otwarciem się, przed zabieraniem
głosu. Czy boję się, że nie zostanę zaakceptowany? Tak trudna asymilacja z
nowym środowiskiem nie wynika chyba ze zbyt wygórowanego egocentryzmu i
narcyzmu, z obawy przed ośmieszeniem się? Przecież od dawna nie zależy mi
zbytnio na opinii innych. A może się mylę? W pewnej mierze do takich zachowań
przyczyniają się zmęczenie psychiczne i niedyspozycje fizyczne (zakłócenia w
spaniu-ciągły niedosyt snu), ale główne przyczyny leżą chyba w barierach
psychicznych. W środowiskach znanych mi już od dawna, z osobami, z którymi
utrzymuję częste kontakty, czuję się bezpiecznie i dolegliwości te nie stanowią
aż takiego problemu. Po prostu wiem, że osoby te znają mnie dokładnie, znają
moje pozytywne i negatywne strony, moje możliwości, również moje wpadki i
grzeszki? Nie mam przed nimi nic do ukrycia i do odkrycia? Wszystko dzieje się
w miarę naturalnie. Nie ma znaczenia to czy akurat milczę czy mówię, czy
„dłubię w nosie”. Wiem, że mnie akceptują takiego, jakim jestem.
Lipiec 1977.
Na czym
polega onieśmielenie? Z czego wynikają lęki?
Czy
naprawdę tak mi zależy na akceptacji przez nowe środowisko? Czy tak bardzo boję
się ośmieszyć? Z czego to wynika? Czy wynika to stąd, że jako dziecko byłem
może narcystyczny i do tej pory tej cechy do końca się nie pozbyłem? Czy kompleksy,
nieśmiałość wynikają z egocentryzmu i narcyzmu, ze zbytniego skupienia się na
sobie? W czasie spotkania z grupą nowo poznanych osób dzieje się ze mną coś
dziwnego. Im silniejsze postanowienie i nastawienie na to, aby być naturalnym,
rozluźnionym, tym większe następuje spięcie i tym większa niemożność, wręcz
paraliż. Co robić by nie myśleć o tym by być rozluźnionym, by być swobodnym
zwłaszcza przed i na początku spotkania, by potoczyło się wszystko naturalnie,
„bez myślenia”? Wydaje się to takie proste. A jednak proste nie jest. Na pewno
nie zależy mi na tym, by błyszczeć. Nie jest dla mnie niczym strasznym zła o
mnie opinia innych. Wiem z doświadczenia, że ważne są moje zachowania w
pierwszych chwilach, w pierwszych kontaktach. Po fatalnym początku, trudno stać
się rozluźnionym później i przy następnych spotkaniach. Taka metamorfoza byłaby
dziwna, a czasami szokująca dla wszystkich, choć na pewno pożądana. Z
doświadczeń wiemy, że najlepszym lekarstwem na miarę szybkie pokonywanie barier
między ludźmi jest wspólne działanie. Skupienie uwagi na wspólnym działaniu nie
rozprasza, nie pozwala na stwarzanie niepotrzebnych, bzdurnych, wydumanych
problemów, zbliża nawzajem do siebie, wzmacnia psychicznie i przywraca wiarę w
siebie a i otoczenie wydaje się bardziej przyjazne.
Łapię
się chmur
Łapię
się chmur myśli filozofów,
Rzadkie,
nie dają zaczepienia.
Pustka
coraz bardziej wypełniana niezbornymi myślami i ideami.
Duch
mój umiera?
Jadę
rowerem, napinam mięśnie.
Dotykam
Świata
Czuję,
że istnieję
Bezideowy,
neutralny, naturalny
Zmęczony
Szczęśliwy!
xxxxxxxxxx
Wypełniamy
życie:
zdobywając
góry ––
wysokie Himalaje i niskie Karkonosze
–– wielkimi wyprawami i małymi
podróżami –– zakładając rodzinę ––
poświęcając się dla niej -- tworząc sztukę, religię
Wypełniamy
życie: stawiając sobie duże i małe cele
––
Potem?
–– .........Umieramy.
Xxxxxxxxxxxxxxxx
19.czerwca
1977 r.
Wpływ
otoczenia na sposób myślenia.
Człowiek
z dzikiego plemienia, czysty mentalnie i ideologicznie, umiejscowiony we
wczesnym dzieciństwie w jakiejś cywilizacji, stosunkowo szybko przejmuje jej
zdobycze i upodabnia się do ludzi z otoczenia. I tak przeniesiony do
społeczności wyznającej jakąś religię, sam staje się jej wyznawcą, przeniesiony
do społeczeństwa nowoczesnego przejmuje od niego jego sposoby myślenia i
zachowania. Zadziwiające jak niewiele trzeba, by człowiek z plemienia
pierwotnego, prymitywnego „przeistoczył” się w człowieka cywilizowanego,
współczesnego, by przeskoczył całe wieki cywilizacyjnego, ludzkiego rozwoju.
Człowiek „pierwotny” jest potencjalnie geniuszem myśli współczesnej. Jego
potencjał intelektualny jest taki sam jak u człowieka ucywilizowanego. Jak
potwornie się mylili w swojej pysze ci „ucywilizowani”, którzy podbijali
plemiona „dzikie” i traktowali ludzi z tych plemion, jako istoty niższe,
niekiedy, jako istoty bliższe zwierzętom niż ludziom „cywilizowanym”, nie
wiedząc, że sami byliby takimi samymi dzikimi ludźmi, gdyby nie przejęli
zdobyczy cywilizacyjnych wypracowywanych i ulepszanych przez wiele pokoleń?
Rozwój cywilizacyjny, kulturowy jest wynikiem coraz lepszego, pełniejszego
wykorzystywania ludzkiego potencjału. Cywilizacja, kultura, ludzka świadomość
rozwija się chyba nieporównanie szybciej od zmian fizycznych dokonujących się w
ludzkim mózgu.
Z
drugiej strony jak wolno wyzwalają się społeczności, zbiorowości ze swoich
tradycji, jak wielka jest jej waga, jak silnie jest ona zakodowana, wryta w
świadomość ludzi, w świadomość zbiorowości. Jak wielka jest inercja myślenia w
grupie? Jak wielka jest siła i wpływ grupy i tłumu? Jak trudno i jak mało osób
zdobywa się na samodzielne myślenie i porzuca bezpieczne przywiązanie do
tradycji i utrwalonych sposobów myślenia otoczenia? Wynika to pewnie w dużej
mierze z przejmowania idei, sposobów myślenia od bliskich, w szczególności od
rodziców, opiekunów, ale także z utożsamiania się z grupą, z tłumem, z
otoczeniem, z poczucia grupowej więzi i grupowego (stadnego) bezpieczeństwa.
Czy
można mieć za złe ludziom to, że żyjąc w takiej a nie innej społeczności
przejmują jej sposób myślenia? Czy gdybym był cały czas od urodzenia na
pustkowiu nie byłbym może ludożercą, a wychowywany np. w islamie nie byłbym
jego gorącym, ortodoksyjnym wyznawcą?
Jakie
czynniki wpływają na usamodzielnianie się myślenia, na rozwój myślenia
analitycznego?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz