sobota, 11 kwietnia 2015

Notatki: 1977 b       
O złotych środkach i równowagach.       


10 czerwca1977 r.

Człowieczeństwo. Wolna wola. Odpowiedzialność człowieka za siebie.

W jakim stopniu o charakterze człowieka, o jego sposobie myślenia, o jego czynach decydują jego wrodzone predyspozycje, a w jakim późniejszy ciąg zdarzeń, okoliczności, ciąg myślenia, odczuwania? Czy człowiek winien jest temu, jaki się urodził? Czy z kolei winien jest temu, że podlega takiej czy innej obróbce, takiemu czy innemu oddziaływaniu? A jednak człowiek ma wolną wolę, wolny wybór. Jego predyspozycje i wpływ oddziaływań otoczenia są jednak zmieniane, modyfikowane przez jego proces myślowy, przez wartościowanie i przewartościowywanie idei, zachowania itd. Człowiek posiada wolną wolę, wolny wybór, jest odpowiedzialny za kształtowanie siebie, za czynienie dobra i zła. Jest we mnie trochę Hitlera, Stalina, trochę Matki Teresy, Brata Alberta. Ode mnie zależy, co wybiorę, co dopuszczę do rozwinięcia się we mnie, a co odrzucę. Czy gdyby człowiek był zaprogramowany wyłącznie na dobro, lub wyłącznie na zło, czy byłby dobrem, lub złem skoro nie byłoby wyboru? Gdyby podjęcie dobra lub zła nie było wyborem, gdyby ludzie byli absolutnie ukierunkowani w swym myśleniu i działaniu, czy byliby różnymi bytami? Czy dobro i zło mogą istnieć bez siebie niezależnie?
Ludzi-istoty myślące nie można porównywać do sfory psów, wytresowanych, ukierunkowanych przez człowieka na jednakowe zachowania. Czy ludzie myślący tak samo, w danym momencie, mający te same poglądy na określony temat są w tym momencie, czy w odniesieniu do danej sprawy jednym bytem? Są przecież różnymi osobami, myślącymi i czującymi oddzielnie i samodzielnie, dochodzącymi do swoich poglądów indywidualnie.
.........Źle postawiony problem? Czy są źle postawione problemy?    Czy są dobrze postawione problemy?....

Kamień jest poddany siłom przyrody, prawom fizyki, chemii itd. Spadający z góry nie ma wpływu na drogę spadania. Rośliny mniej trwałe od kamieni są poddane siłom przyrody, dążą jednak do wzrostu, do rozwoju i do możliwie długiego trwania. Są już w jakiejś mierze samodzielne. Mogą w pewnym sensie (nieświadomie) dokonywać wyborów, np. korzenie, łodygi szukają optymalnych kierunków, dróg, miejsc wzrostu, choć można to też nazwać „automatycznym” wykorzystywaniem optymalnych warunków tworzonych przez naturę. Są przez naturę kierowane. Zwierzęta mają już znaczne możliwości wyborów. Świadomość i możliwość świadomego dokonywania wyborów przez człowieka, jego wolna wola, jest niesamowitym cudem. Jest jego mądrością, jest jego siłą i słabością. Jest jego wyróżnikiem i nobilitacją.
Czy dokonywanie wyborów mogłoby odbywać się tylko w sferze dobra i szczęścia, a zło i nieszczęście mogłyby nie istnieć? Czy mianem zła, nieszczęścia określa się tylko wszystko to, co uniemożliwia i utrudnia trwanie i rozwijanie się gatunku ludzkiego? Dlaczego jest tyle nieszczęść? Co to jest cierpienie? Dlaczego i po co istnieje cierpienie?
Czy istoty ludzkie, ułomne, o świadomości zredukowanej do świadomości zwierząt posiadają duszę? Każdy człowiek przychodzący na świat jest potencjałem człowieka świadomego, przychodzi na świat po to, by być pełnym człowiekiem. Czy człowiek jest niewolnikiem swego mózgu, jakości mózgu? Człowiek ułomny nie ma lub ma ograniczony wpływ na kształtowanie i rozwój swojego myślenia, swojej osobowości. Nie rozróżnia, lub ma trudności w rozróżnianiu dobra i zła. Czy człowiek „świadomy” zawsze w pełni je rozróżnia? Czy zawsze działając źle, działa pomimo swej wiedzy, że czyni zło? Gdzie znajduje się granica poczytalności człowieka? Gdzie znajduje się granica jego świadomości? Czy przestępca nie jest człowiekiem ułomnym, tzn. czy samo czynienie zła nie jest już jego ułomnością? Intelektualista, myśliciel nie musi być bardziej człowieczy od innych. może również czynić zło. Może też być ułomnym. Człowiek może brnąć, może rozsmakowywać się w różnych rzeczach, w różnych procesach, może brnąć, „rozsmakowywać się” również w dobru jak i w złu. Jeśli brnie, „rozsmakowuje się” w złu, pomimo świadomości tego że czyni zło, jeśli brnięcie w zło jest silniejsze od niego, od jego woli, by tego nie czynić, to czy nie jest on psychicznie ułomny, chory? Czy jego zła wola nie jest chora?



15 czerwca 1977 r.
O sumieniu.

Czy dekalog, etyka, to mądrość ludzkich pokoleń ujęta w formę przekazów, przepisów, „napisanych” przez zbiorowe sumienie, to mądrość zrodzona i ulepszana z doświadczeń i obserwacji przekazywanych z pokolenia na pokolenie, umożliwiająca rozwój rodzaju ludzkiego i zabezpieczająca go przed upadkiem i katastrofą? Czy są one „napisane” przez naturę i doświadczenie człowieka, czy są one nadane przez Boga? Czy taka sama etyka dotyczy każdej ludzkiej istoty, niezależnie od jej stopnia rozwoju i czasu, w jakim żyła? Co to jest sumienie? Czy człowiek z nieucywilizowanego plemienia, zabijający wroga ma wyrzuty sumienia, czy żałuje swego czynu dokonanego w złości, w chwilach nienawiści, czy może jest z tego dumny? Czy tzw. obiektywne zło, czy dobro definiowane przez nas jest złem i dobrem również dla niego? Czy jest ono definiowane, określane wciąż na nowo? Czy sumienie jest uwarunkowane przez otoczenie, przez cywilizację, czy jest ono pierwotne, boskie, zakodowane w człowieku i może być jedynie wyciszone, wytłumione, znieczulone? Czy dla człowieka pierwotnego liczyło się tylko wąsko pojęte dobro własne, czy myślał również o dobru innych? W jakich procesach powstają systemy wartości? W jakim stopniu ludźmi kierują atawistyczne odruchy, takie, jakie kierują choćby zwierzętami, które dbają o swoje stado, a w jakim świadomość dobra i zła? Czy za ludzi kalkuluje natura, czy kalkulują oni sami? Czy gdyby wyodrębniono grupę dzieci nieobarczonych doświadczeniami rodziców i odosobniono od reszty społeczeństwa wykształciłyby one w sobie znane nam wartości i zachowania? Prawa, którymi kierują się społeczności odpowiadają poziomowi ich rozwoju, ale czy podstawy, na których się one opierają są podyktowane tylko potrzebą przetrwania, czy są one niewzruszone, boskie? Czy to, że ludzie tworzą, kształtują, rozwijają sumienie jest naturalną konsekwencją tego, że są oni powołani przez Boga do kształtowania i rozwijania siebie i świata, do rozwijania swego ducha, swojej boskości?




Obojętność czy niemoc?

Dlaczego tak łatwo przechodzimy do dziennego porządku po tym jak widzimy w telewizji relacje z dziejących się, w świecie, gdzieś daleko ludzkich nieszczęść, gdy widzimy koszmarną przemoc jednych wobec drugich?
Może jest tak, że należymy do przyrody, do świata zwierząt. Dbamy przede wszystkim o siebie, o swoje przeżycie, o przekazanie życia – naszych genów. Dopiero w drugiej kolejności interesujemy się i dbamy o bliźnich, tych najbliższych i tych dalekich, o rodzaj ludzki a w dalszej kolejności o zwierzęta i inne istoty żywe o świat przyrody itd. Różnimy się tym od innych istot żywych, że stworzyliśmy społeczność ogólnoludzką i mniejsze społeczności, w których potrafimy zachowywać się empatycznie w stosunku do innych osób. Jednak każde stworzenie dba w pierwszej kolejności o własne ego, o własne przetrwanie, czuje bezpośrednio, przez swoje zmysły siebie samego.
A może ilość nieszczęść, których doświadczają ludzie na świecie jest tak ogromna, tak przytłaczająca, że nie starczyłoby nam czasu ani sił psychicznych na przejmowanie się wszystkimi. Przejmowanie się wszystkimi i całym światem nie jest w naszej mocy.



Czerwiec 1977 r.
O reinkarnacji.

Czy ciągłość świadomości jest związana z ciągłością bytów? Czy jeśli pozostanie po człowieku jakiś byt, tak jak to jest głoszone w hinduizmie, zostanie też zachowana ciągłość świadomości, ciągłość pamięci, pamięć bytu o swym źródle? Jeśli nie, to czy ma dla kogoś znaczenie to, że uczestniczy w procesie reinkarnacji? Czy ma dla kogoś znaczenie jego postawa w bieżącym wcieleniu, poza świadomością krótką, że być może będzie źródłem istnienia bytu szczęśliwego lub nieszczęśliwego we wcieleniu następnym? Jaki byłby sens reinkarnacji skoro w kolejnym wcieleniu świadomość nie miałaby powiązania ze świadomością bytu wcześniejszego? Jaki byłby sens życia ludzkiego, jeśli świadomość jego znikłaby wraz z przemianą w inny byt? I analogicznie, jaki byłby sens życia gdyby świadomość zanikała wraz ze śmiercią?



18 czerwca 1977 r.
O ewolucji.

Jeszcze niedawno, przed potwierdzeniem teorii ewolucji, zastanawiano się, czy człowiek nabywa i rozwija swój potencjał intelektualny, swój mózg w procesie ewolucji przez tysiące lat rozwoju, czy taki potencjał jest mu nadany przez Boga i jest zawsze taki sam, a to, kim się stanie, jak będzie myślał, jaki będzie jego intelekt, zależy tylko od informacji, które do niego dotrą i od tego, w jaki sposób zostaną przetworzone. Czy potencjał intelektualny człowieka pierwotnego był taki sam jak człowieka współczesnego? Czy tzw. człowiek historyczny na osi czasu rozwoju człowieka jest tak blisko nas ludzi współczesnych, że różnice między nimi a nami są niezauważalne, pomijalnie małe, nieistotne? Czy rozwija się człowiek indywidualny, jego mózg, czy jest on ciągle taki sam, a rozwija się ludzkość, tzn. czy mózg jest tylko coraz lepiej wykorzystywany? Jakie są udziały jednego i drugiego procesu w rozwoju i jak wpływają one na siebie?
Bądźmy skromni. Pamiętajmy, że przed nami, w minionych epokach żyli wielcy myśliciele, których myśli i poglądy również i dziś nie straciły na aktualności i na wielkości. Oczywiście dzisiaj nieporównanie więcej osób osiąga „umysłowe szczyty”. Rozwijanie myślenia jest dostępne szerokiej rzeszy ludzi. Dziś mamy książki, filmy, telewizję, informatykę itd., możemy analizować, syntezować, przeżywać rzeczywistość i nierzeczywistość poprzez czytanie, oglądanie, słuchanie, rozmyślanie, medytowanie itd.


19.czerwca 1977 r.
Wpływ otoczenia na sposób myślenia.

Człowiek z dzikiego plemienia, czysty mentalnie i ideologicznie, umiejscowiony we wczesnym dzieciństwie w jakiejś cywilizacji, stosunkowo szybko przejmuje jej zdobycze i upodabnia się do ludzi z otoczenia. I tak przeniesiony do społeczności wyznającej jakąś religię, sam staje się jej wyznawcą, przeniesiony do społeczeństwa nowoczesnego przejmuje od niego jego sposoby myślenia i zachowania. Zadziwiające jak niewiele trzeba, by człowiek z plemienia pierwotnego, prymitywnego „przeistoczył” się w człowieka cywilizowanego, współczesnego, by przeskoczył całe wieki cywilizacyjnego, ludzkiego rozwoju. Człowiek „pierwotny” jest potencjalnie geniuszem myśli współczesnej. Jego potencjał intelektualny jest taki sam jak u człowieka ucywilizowanego. Jak potwornie się mylili w swojej pysze ci „ucywilizowani”, którzy podbijali plemiona „dzikie” i traktowali ludzi z tych plemion, jako istoty niższe, niekiedy, jako istoty bliższe zwierzętom niż ludziom „cywilizowanym”, nie wiedząc, że sami byliby takimi samymi dzikimi ludźmi, gdyby nie przejęli zdobyczy cywilizacyjnych wypracowywanych i ulepszanych przez wiele pokoleń? Rozwój cywilizacyjny, kulturowy jest wynikiem coraz lepszego, pełniejszego wykorzystywania ludzkiego potencjału. Cywilizacja, kultura, ludzka świadomość rozwija się chyba nieporównanie szybciej od zmian fizycznych dokonujących się w ludzkim mózgu.
Z drugiej strony jak wolno wyzwalają się społeczności, zbiorowości ze swoich tradycji, jak wielka jest jej waga, jak silnie jest ona zakodowana, wryta w świadomość ludzi, w świadomość zbiorowości. Jak wielka jest inercja myślenia w grupie? Jak wielka jest siła i wpływ grupy i tłumu? Jak trudno i jak mało osób zdobywa się na samodzielne myślenie i porzuca bezpieczne przywiązanie do tradycji i utrwalonych sposobów myślenia otoczenia? Wynika to pewnie w dużej mierze z przejmowania idei, sposobów myślenia od bliskich, w szczególności od rodziców, opiekunów, ale także z utożsamiania się z grupą, z tłumem, z otoczeniem, z poczucia grupowej więzi i grupowego (stadnego) bezpieczeństwa.
Czy można mieć za złe ludziom to, że żyjąc w takiej a nie innej społeczności przejmują jej sposób myślenia? Czy gdybym był cały czas od urodzenia na pustkowiu nie byłbym może ludożercą, a wychowywany np. w islamie nie byłbym jego gorącym, ortodoksyjnym wyznawcą? Człowiek ma możliwość samodzielnego kształtowania swego umysłu, ale znajduje się też pod wpływem środowiska, społeczności, w której żyje, przejmuje ich sposoby myślenia i odczuwania. Jest duże prawdopodobieństwo, że w środowisku ateistów jego myślenie będzie ateistyczne a będąc w środowisku ortodoksyjnych islamistów stanie się też ortodoksyjnym islamistą.
Mózg ludzki, to genialne narzędzie, o ogromnym potencjale myślowym, które jednak może być wykorzystane na najróżniejsze sposoby.  Jakie czynniki wpływają na usamodzielnianie się myślenia, na rozwój niezależnego myślenia analitycznego i syntezującego?



25 czerwca1977 r.

Trochę filozofki o genezie świata i człowieka.


Z niebytu, z „chaosu”, z „niepojętego”, z „nienazwanego” wyłonił się Świat? Rozpoczęło się wielkie i długotrwałe (w naszym ludzkim pojęciu) „porządkowanie”. „Istnienie” przyjęło formy materialne. Ruch materii, różne formy jej trwania zaczęły na siebie oddziaływać, wchodzić w układy. Jej różne formy skupienia- pierwiastki zaczęły wchodzić między sobą w reakcje, dając najróżniejsze związki, „przymierza”. Kolejnym etapem było powstanie materii ożywionej, życia, czy może raczej tchnięcie w materię życia – form istnienia. Wyodrębniły się, wykształciły jednostki, osobniki o wyrafinowanych formach, o bardzo krótkich okresach istnienia, które przekazywały swoje wzorce, uporządkowanie swoim następcom. Powstało życie przekazywane z pokolenia na pokolenie. Znikające, umierające osobniki zaczęły przekazywać swój wzorzec uporządkowania swoim dzieciom. Nastąpił cud poruszania się, odczuwania, wreszcie cud myślenia. Powstała- została powołana do istnienia tak wyrafinowana forma istnienia jaką jest człowiek, człowiek, który zaczął myśleć logicznie, później również abstrakcyjnie, człowiek istota o zintegrowanym systemie myślenia, odczuwania, o niezwykle bogatej duchowości i inteligencji, człowiek, który osiągnął niezwykły, cudowny poziom pojmowania świata i siebie, który uczestniczy w procesie ciągłego rozwoju.
Człowiek to efekt ewolucji gatunków zwierząt, zwierzęta to efekt ewolucji istot ożywionych, istoty te to efekt przemian na Ziemi, Ziemia to efekt przemian Kosmosu, Kosmos to efekt........???.  
Bez względu na wszystko, czy nie jest cudem istnienie świata, istnienie Ziemi, życia na Ziemi. Czy nie jest cudem istnienie człowieka, czy nie jest cudem jego świadomość?


25 czerwca 1977 r.

Zimne wariacje o życiu i procesie myślenia.

Czy myślenie jest jedynie formą energii? Czy może być przekazywane innym tylko poprzez mowę, gesty, pismo? Czy może być również przekazywane, jako odpowiednio skomponowany, zaprojektowany strumień energii, docierający do innych osób bezpośrednio, bez czynności pomocniczych? Czy mózg to tylko hiper komputer? Na czym polega tzw. odgadywanie czyichś myśli? Czy tylko na podobieństwach w myśleniu lub na wcześniejszym poznaniu osoby i jej psychiki, na korzystaniu z własnych myśli i doświadczeń? A odgadywanie myśli osób obcych, nowo poznanych? Czy tylko na prawdopodobieństwie i standardach zachowania i myślenia przypisywanych danemu typowi człowieka? Jeśli myślenie byłoby tylko strumieniem energii to wyemitowane istniałoby samoistnie poza osobą (nawet po śmierci) dopóty, dopóki nie zmieniłoby się w inną formę energii.
Myślenie nie jest tylko formą energii. Energia nie wyklucza pierwiastka duchowego. Myślenie ma charakter duchowy. Myślenie jest myśleniem. Nie ważne, jaką ma naturę i czy istnieje poza naturą. Jest cudem, tęsknotą za absolutem, może łącznikiem z absolutem, a może formą absolutu. Czy energia emitowana przez żywą istotę, przez całe jej życie, może być kiedyś zamieniona z powrotem w materię, w osobę? Czy po zmianie całej materii świata w energię, będzie możliwe powstanie nowego świata materialnego? A może świat będzie istniał w postaci ducha, w postaci duchów? (w niebie?)



26 czerwca 1977 r.

Kim jest człowiek (społeczność ludzka)? Tęsknoty za nieśmiertelnością.


Z jednej strony człowiek zdobywa się na czyny podłe, zbrodnicze, prymitywne. Jak mówi się niekiedy: „jest on gorszy od zwierząt” Z drugiej strony osiąga szczyty dobroci i mądrości. Czy obserwując jak daleko zaszedł w zrozumieniu świata, siebie, obserwując jego osiągnięcia w nauce, technice, filozofii, sztuce nie można dojść do przekonania, że jest geniuszem, że jest obrazem Boga?
Życie ludzi, ich boskość są krótkotrwałe, jak pojawiające się i znikające meteoryty? Może dojdzie kiedyś do tego, że człowiek zabezpieczy przetrwanie siebie, rodzaju ludzkiego na wieczność lub przynajmniej na tak długo by nim się nasycić? Może w tym sensie, tzn. człowiek rozumiany, jako ludzkość, jest nieśmiertelny? A może dojdzie on kiedyś do tego, że upora się ze śmiercią, z przemijaniem jednostek? Ludzie przestaną być meteorytami? To ostatnie stadium człowieka będzie wieczne? Jaka w tym pociecha dla nas, żyjących teraz śmiertelników? Wolę wierzyć w nieśmiertelność duszy mojej, dusz osób bliskich i dusz wszystkich ludzi. Czy życie wieczne to może tylko marzenia, bo trudno sobie wyobrazić wieczność jednostek, całej ludzkości, wieczność życia na Ziemi, wieczność naszej planety, naszego słońca, naszej galaktyki itd.? Czy człowiek odkryje kiedyś całą prawdę o świecie, o zachodzących procesach, o życiu, czy opanuje przemijanie? A jeśli nie, to czy ma znaczenie to, na jakim etapie zrozumienia się znajdujemy? I tak nie „przeskoczymy” siebie, nie staniemy się wieczni. Po co żyć wiecznie, czy nie „zanudzilibyśmy się na śmierć”. Wystarczy tyle życia ile nam dano, niech nasi następcy też trochę pożyją i pokombinują.
Czy człowiek powinien dążyć do bycia szczęśliwym poprzez świadome łączenie się z przyrodą, ze światem, poprzez odczuwanie świata, bez zbytniego rozumowania, bez kombinowania, dociekania, bez ludzkiej pychy by być ponad przyrodą, by być czymś więcej niż przyroda? Czy z kolei wychodzenie w swym myśleniu ponad przyrodę, poza kosmos nie jest już samo w sobie poza kosmiczne- boskie? Czy człowiek powinien wtopić się w przyrodę, być wobec niej pokorny, czy powinien starać się wyjść poza nią, stawać się obrazem Absolutu? Czy takie dążenie jest utopijne, jest urojeniem ludzkiego umysłu, jego pychą, czy jest jego powołaniem?
Czy Bóg jest poza kosmiczny, ponad kosmiczny, czy Bóg to Kosmos? Czy Bóg to Ktoś ponad pojęciami, poza poznaniem, poza ludzkimi możliwościami zrozumienia?
Czym jest nasza świadomość? Czy świadomość ludzka może wyjść poza przyrodę, poza kosmos? Czy istnieje „Pozakosmos”? Człowiek jest, jaki jest. Umysł nasz jest jednak ograniczony, nieboski i nigdy nie odpowie na te pytania, jest skazany na niekończące się szukanie, dociekanie. Czy „świadomość” boska jest świadomością innej „natury” niż świadomość ludzi, jest ona dla nas niepojęta, czy jest tej samej „natury” tzn., że człowiek jest obrazem Boga, a jego świadomość jest wycinkiem, ziarenkiem, odbiciem świadomości boskiej?
Czy człowieczeństwo nie polega na wybijaniu się ponad przyrodę, ponad zwierzęcość, na współkształtowaniu swego życia, na tworzeniu nowych wartości (być może utopii i pozorów)? Czy człowiek, jako część przyrody, aby mógł być szczęśliwym musi świadomie upodobnić się do zwierząt, do przyrody, blokując umysł, który od tej przyrody go wyróżnia? Czy wyróżnia? Przyroda nie składa się z jednakowo myślących i czujących istot. Robak inaczej czuje niż kamień, pies inaczej niż robak. Człowiek czuje po ludzku, jest to zgodne z jego naturą. Z jednej strony człowiek stara się odrzucić to, co jest w nim przejęte z przyrody i jest złe np. zwierzęcą agresję, z drugiej strony dąży do bycia szczęśliwym poprzez świadome łączenie się z przyrodą, z ziemskim światem, poprzez odczuwanie świata, bez zbytniego komplikowania, bez ludzkiej pychy, by być ponad przyrodą.
Czym jest nasza świadomość? Czy ma doprowadzić tylko do uspokojenia, do tego by nie lękać się śmierci, bez względu na to czy jest ona kresem, czy przejściem do innego „świata”, do innych form, do innego wymiaru istnienia? Co z kwestią dobra i zła czynionego za życia? Człowiek nie jest ani dobrem ani złem? Jest, jaki jest? Czy liczy się ludzkie dążenie do czegoś? Czy jest się takim, jakim się jest, jakim stworzyła cię przyroda? Bezwolnym? Czy świat istnieje, czy to tylko iluzja? Czy ja istnieję, czy to iluzja? Czy osiągnięcie stanu uspokojenia, jest warunkiem osiągnięcia szczęścia, jest największą wartością dla człowieka? Jak? Jakimi drogami do takiego stanu ducha dojść? Czy szczęście i nieszczęście nie są stanami ludzkiej wyobraźni? Czy człowiek może zrozumieć świat, istnienie? Czy może stać się ze światem jednością? Już jest jednością, jeśli jest?
Czy życie ma sens? Czy śmierć ma sens? Czy myślenie ma sens? Czy nieżycie ma sens? Czy bycie dobrym lub złym ma znaczenie?



27 czerwca 1977 r.

Czy ja jestem wariatem i cynikiem?


Czy ja zawsze muszę „zasceptyczyć” nawet to, co uważam za piękne, wzniosłe i fascynujące, z czym wydaje mi się, że się identyfikuję? Może moją naturą jest przewrotność, cynizm, diabelskość? Hi, hi, szukam rogów na głowie. Nie znajduję.



Skazany na bycie człowiekiem –wieczorne bajanie

Urodziłem się jako istota zakodowana na myślenie, skazana na świadomość przemijania.   –   Istoty takie jak ja nazywają siebie ludźmi.
Skrępowani łańcuchami DNA, skazani jesteśmy na ból szukania Absolutu i sensu istnienia.
Ironią losu, niezwykle zwykłym przypadkiem lub cudem jest to, że wszystkie elementy kodu DNA ułożyły się tak, by powstał człowiek !?

A przecież mógłbym być wirusem, grzybem lub bakterią.
Nie myślałbym wtedy o przemijaniu
Nie rozróżniałbym dobra i zła
Nie byłbym nieszczęśliwy

Postanowiłem: od dzisiaj będę bakterią!
………Tylko czy nie szkoda świadomości tego, że jako człowiek można być i że się jest czasami szczęśliwym?

Czy duch (intelekt), twór materii (nukleonów) mający przez całe życie człowiecze aspirację do bycia bytem niezależnym od materii, bytem „samym w sobie” zanika wraz z prozaicznym momentem, gdy organizm /materialny/ przestaje dostarczać energii nukleonom, energii pochodzącej ze spalania materii
Brrrrr.  Zrobiło mi się zimno i nieswojo !

Po co zajmować się opakowaniami, materiami i innymi „bzdurnymi” uwarunkowaniami?
Czy nie lepiej być duchem, obrazem Boga i drwić sobie ze swej materialności i przemijalności?

Od dziś będę duchem!
………Ale czy nie szkoda tracić doznań materialnych, rozkoszy takich jak chociażby rozkosz jedzenia, oglądania błękitnego nieba, seksu?

Cholera! Co mam robić? Kim być?
Czy być bakterią, czy być duchem?
Chyba jednak pozostanę przynajmniej jeszcze przez jakiś czas człowiekiem (duchem w materii).


xxxxxxxxxxxxx

W zgodzie z naturą się czuję? Cóż to znaczy?
Jestem z najróżniejszych poskładany klocków.
Łańcuchem DNA do świata przywiązany
Między tym, co czuje ślimak, koza, człowiek
moje odczuwanie jest rozwieszone
A może jeszcze można by o Absolut zawieszenie dołożyć?
Człowiek, obraz Boga? Chyba jestem zbyt zuchwały, musze się ukorzyć.

Muszę dzisiaj walkę z takimi natrętnymi, niepotrzebnymi myślami toczyć.
Ratunkiem byłby  telefon i propozycja od przyjaciół, by na piwo skoczyć

Jeszcze byłoby lepiej, byłoby wspaniale
Gdyby dziś Weronika biorąc mnie w ramiona
do swojego świata wzięła i napełniła mnie nową bezideową nadzieją






27 czerwca 1977 r.

Szczęście a satysfakcja.


Nie ma czegoś takiego jak stałe szczęście. Człowiek dąży do jego osiągnięcia. Samo trwanie w jakimś stanie, bez procesu dochodzenia staje się pustką? Trwanie w stanie narkotycznej euforii, narkotycznego szczęścia staje się po czasie pustym, bezsensownym trwaniem w miejscu, staje się nieszczęściem?



O złotych środkach i równowagach.


Świat dąży do równowagi, jego funkcjonowanie opiera się na równowadze. Równowaga ogólna składa się z równowag cząstkowych. Te równowagi cząstkowe, równowagi różnych systemów, zjawisk są zbudowane z kolejnych bardziej szczegółowych równowag cząstkowych. To, co dzieje się na Ziemi również podlega prawu dążenia do równowagi?
Również funkcjonowanie ludzi, społeczeństw opiera się na równowagach. Te równowagi można opisywać na różne sposoby, używając różnych wypracowanych aparatów opisowych. Są one definiowane, jako np. równowagi socjologiczne, polityczne, psychologiczne, ekonomiczne itd. Można mówić np. o równowadze między narodowymi kompleksami a narodową dumą, o równowadze między dawaniem i braniem itd. itp.



10 lipca 1977 r.

Rola słów.


Nie doceniamy roli słów, gestów w naszym życiu. Słowa mogą budować i dawać życie, mogą też burzyć i zabijać. Słowami, gestami, czynami przekazujemy swój stosunek do innych. Czy można sobie wyobrazić porozumienie między ludźmi, między społeczeństwami bez słów? Niezbyt szczodrze obdarowujemy się dobrymi słowami na codzień. Jesteśmy egoistyczni lub nie potrafimy obdarowywać nimi bliźnich. Słowa są potrzebne kochankom w zalotach, słowami mozolnie, dzień po dniu możemy budować, utrwalać i pogłębiać więzi, więzi przyjaźni, więzi miłości. Słowami możemy też ranić i niszczyć. Zwracając uwagę innym, uświadamiając im ich przywary, niezbyt pozytywne reakcje, zachowania możemy im pomóc w zauważeniu i w przebudowaniu sposobu myślenia, ale czyńmy to z delikatnością i uważnością, w odpowiednim czasie, miejscu i w odpowiedniej formie, aby nie okazało się to zbyt bolesnym, aby nie wywołać przeciwnych do zamierzonych skutków. Sami otwierajmy się na słowa krytyki, analizujmy je i jeśli uznamy je za uzasadnione starajmy się je wykorzystać w przebudowie naszego „ja”, w przebudowie naszego życia.


14 lipca 1977 r.

Nie bądźmy tacy bardzo zdroworozsądkowi.


Nie bądźmy racjonalni aż do oschłości, sterylnie czyści, bezgrzeszni, bezduszni. Nie bądźmy tacy znormalizowani. Nie wymagajmy od siebie i przede wszystkim od innych by zachowywali się ściśle wg przyjętych norm społecznych, środowiskowych, towarzyskich wg norm ustalonych przez nas samych. Nie oceniajmy zbyt surowo, zbyt kategorycznie czyichś nieporadności, niedoskonałości, ułomności. Bądźmy wyrozumiali, pomagajmy innym podźwignąć się z upadków Pozwólmy sobie i innym na pomyłki. Nie róbmy z nich tragedii. Życie bez błędów byłoby jeszcze bardziej nudne. Dajmy żyć garbatym, nie zabijajmy ich tylko, dlatego, że nie mieszczą się w tworzonych przez większość standardach. Nie ma ludzi idealnych. Przyjrzyjmy się sobie dokładnie. Każdy z nas ma jakiegoś garba.


14 lipca 1977 r.

Kłopoty z psychiką.


Bardzo trudno jest mi się otworzyć na nowe środowiska, nowo poznanych ludzi, nawet, gdy odbieram je /ich/ od razu pozytywnie, czuję ich życzliwość i to że mogę im zaufać. Jest to chorobliwe, wręcz organiczne, zakodowane tak głęboko, że żadne racjonalne argumenty nie mają tu żadnego znaczenia. Cholerne kompleksy, ale i świadomość rzeczywistych ograniczeń takich jak choćby brak elokwencji, umiejętności improwizacji powodują lęki przed otwarciem się, przed zabieraniem głosu. Czy boję się, że nie zostanę zaakceptowany? Tak trudna asymilacja z nowym środowiskiem nie wynika chyba ze zbyt wygórowanego egocentryzmu i narcyzmu, z obawy przed ośmieszeniem się? Przecież od dawna nie zależy mi zbytnio na opinii innych. A może się mylę? W pewnej mierze do takich zachowań przyczyniają się zmęczenie psychiczne i niedyspozycje fizyczne (zakłócenia w spaniu-ciągły niedosyt snu), ale główne przyczyny leżą chyba w barierach psychicznych. W środowiskach znanych mi już od dawna, z osobami, z którymi utrzymuję częste kontakty, czuję się bezpiecznie i dolegliwości te nie stanowią aż takiego problemu. Po prostu wiem, że osoby te znają mnie dokładnie, znają moje pozytywne i negatywne strony, moje możliwości, również moje wpadki i grzeszki? Nie mam przed nimi nic do ukrycia i do odkrycia? Wszystko dzieje się w miarę naturalnie. Nie ma znaczenia to czy akurat milczę czy mówię, czy „dłubię w nosie”. Wiem, że mnie akceptują takiego, jakim jestem.



Lipiec 1977.

Na czym polega onieśmielenie? Z czego wynikają lęki?


Czy naprawdę tak mi zależy na akceptacji przez nowe środowisko? Czy tak bardzo boję się ośmieszyć? Z czego to wynika? Czy wynika to stąd, że jako dziecko byłem może narcystyczny i do tej pory tej cechy do końca się nie pozbyłem? Czy kompleksy, nieśmiałość wynikają z egocentryzmu i narcyzmu, ze zbytniego skupienia się na sobie? W czasie spotkania z grupą nowo poznanych osób dzieje się ze mną coś dziwnego. Im silniejsze postanowienie i nastawienie na to, aby być naturalnym, rozluźnionym, tym większe następuje spięcie i tym większa niemożność, wręcz paraliż. Co robić by nie myśleć o tym by być rozluźnionym, by być swobodnym zwłaszcza przed i na początku spotkania, by potoczyło się wszystko naturalnie, „bez myślenia”? Wydaje się to takie proste. A jednak proste nie jest. Na pewno nie zależy mi na tym, by błyszczeć. Nie jest dla mnie niczym strasznym zła o mnie opinia innych. Wiem z doświadczenia, że ważne są moje zachowania w pierwszych chwilach, w pierwszych kontaktach. Po fatalnym początku, trudno stać się rozluźnionym później i przy następnych spotkaniach. Taka metamorfoza byłaby dziwna, a czasami szokująca dla wszystkich, choć na pewno pożądana. Z doświadczeń wiemy, że najlepszym lekarstwem na miarę szybkie pokonywanie barier między ludźmi jest wspólne działanie. Skupienie uwagi na wspólnym działaniu nie rozprasza, nie pozwala na stwarzanie niepotrzebnych, bzdurnych, wydumanych problemów, zbliża nawzajem do siebie, wzmacnia psychicznie i przywraca wiarę w siebie a i otoczenie wydaje się bardziej przyjazne.



Łapię się chmur

Łapię się chmur myśli filozofów,
Rzadkie, nie dają zaczepienia.
Pustka coraz bardziej wypełniana niezbornymi myślami i ideami.
Duch mój umiera?

Jadę rowerem, napinam mięśnie.
Dotykam Świata
Czuję, że istnieję
Bezideowy, neutralny, naturalny
Zmęczony
Szczęśliwy!

xxxxxxxxxx

Wypełniamy życie:
zdobywając góry  ––  wysokie Himalaje i niskie Karkonosze  ––  wielkimi wyprawami i małymi podróżami  ––  zakładając rodzinę  ––  poświęcając się dla niej  --  tworząc sztukę, religię   
Wypełniamy życie: stawiając sobie duże i małe cele  –– 
Potem?  ––  .........Umieramy.



Xxxxxxxxxxxxxxxx


19.czerwca 1977 r.
Wpływ otoczenia na sposób myślenia.

Człowiek z dzikiego plemienia, czysty mentalnie i ideologicznie, umiejscowiony we wczesnym dzieciństwie w jakiejś cywilizacji, stosunkowo szybko przejmuje jej zdobycze i upodabnia się do ludzi z otoczenia. I tak przeniesiony do społeczności wyznającej jakąś religię, sam staje się jej wyznawcą, przeniesiony do społeczeństwa nowoczesnego przejmuje od niego jego sposoby myślenia i zachowania. Zadziwiające jak niewiele trzeba, by człowiek z plemienia pierwotnego, prymitywnego „przeistoczył” się w człowieka cywilizowanego, współczesnego, by przeskoczył całe wieki cywilizacyjnego, ludzkiego rozwoju. Człowiek „pierwotny” jest potencjalnie geniuszem myśli współczesnej. Jego potencjał intelektualny jest taki sam jak u człowieka ucywilizowanego. Jak potwornie się mylili w swojej pysze ci „ucywilizowani”, którzy podbijali plemiona „dzikie” i traktowali ludzi z tych plemion, jako istoty niższe, niekiedy, jako istoty bliższe zwierzętom niż ludziom „cywilizowanym”, nie wiedząc, że sami byliby takimi samymi dzikimi ludźmi, gdyby nie przejęli zdobyczy cywilizacyjnych wypracowywanych i ulepszanych przez wiele pokoleń? Rozwój cywilizacyjny, kulturowy jest wynikiem coraz lepszego, pełniejszego wykorzystywania ludzkiego potencjału. Cywilizacja, kultura, ludzka świadomość rozwija się chyba nieporównanie szybciej od zmian fizycznych dokonujących się w ludzkim mózgu.
Z drugiej strony jak wolno wyzwalają się społeczności, zbiorowości ze swoich tradycji, jak wielka jest jej waga, jak silnie jest ona zakodowana, wryta w świadomość ludzi, w świadomość zbiorowości. Jak wielka jest inercja myślenia w grupie? Jak wielka jest siła i wpływ grupy i tłumu? Jak trudno i jak mało osób zdobywa się na samodzielne myślenie i porzuca bezpieczne przywiązanie do tradycji i utrwalonych sposobów myślenia otoczenia? Wynika to pewnie w dużej mierze z przejmowania idei, sposobów myślenia od bliskich, w szczególności od rodziców, opiekunów, ale także z utożsamiania się z grupą, z tłumem, z otoczeniem, z poczucia grupowej więzi i grupowego (stadnego) bezpieczeństwa.
Czy można mieć za złe ludziom to, że żyjąc w takiej a nie innej społeczności przejmują jej sposób myślenia? Czy gdybym był cały czas od urodzenia na pustkowiu nie byłbym może ludożercą, a wychowywany np. w islamie nie byłbym jego gorącym, ortodoksyjnym wyznawcą?

Jakie czynniki wpływają na usamodzielnianie się myślenia, na rozwój myślenia analitycznego?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz