środa, 15 kwietnia 2015

Notatki: 1997 c

Zawiedzione nadzieje – pamiętnik wykluczonego.

Z żalem o III Rzeczypospolitej.



Na bezrobociu, luty 1997 r.
Jest jak jest.

Miniony rok był kolejnym rokiem bezsilności, w którym nie udało mi się poczynić pozytywnych kroków w żadnej dziedzinie. Staram się nie wpadać ani w depresję, ani zbytnio nie histeryzować.



Na bezrobociu, luty 1997 r.

Nie jestem silny pokorą

Chciałbym, ale nie jestem na tyle silny, na tyle uspokojony wewnętrznie, aby przyjąć do końca zasadę, że życie należy przyjmować takim, jakim jest, aby zadowolić się tym, co cię ma i nie oczekiwać niepotrzebnie na zmiany, zasadę, że jeśli przyjdzie coś pozytywnego, jeśli się zdarzy to dobrze, jeśli nie to trudno. Nieszczęściem jest to, że oczekuje się zbyt dużo, nie zadowala tym, co jest. Staram się ograniczać swoje oczekiwania, staram się nie być pazernym, brać życie takim, jakie jest. Jednak nie potrafię do końca wyrzec się nadziei na lepsze, ograniczyć całkiem swoich oczekiwań, nie denerwować się tym, co dzieje się dookoła. Istnieje potrzeba, aby od czasu do czasu upuścić trochę swoich frustracji. Po co epatować bliźnich w rozmowach swoim pesymizmem, rozgoryczeniem, kłopotami. Kartka jest cierpliwa, przyjmie wszystko bez znużenia. Na dłuższą metę nie zmieni to niczego, nie wyeliminuje całkiem stresów i frustracji, jednak może na pewien czas nieco je rozładuje, może da złudzenie podzielenia się nimi z otoczeniem.



Na bezrobociu, lipiec 1997.

O bezrobociu. Znalezienie pracy bez znajomości graniczy z cudem.

Bezrobocie przynosi wiele nędzy, upokorzeń i stresów. W najtrudniejszej sytuacji są bezrobotni starsi, po czterdziestce, którzy mimo wielu starań nie są w stanie znaleźć pracy. Jeśli nawet znajdą jakieś doraźne zarobkowanie to i tak z trwogą myślą o wieku emerytalnym do osiągnięcia, którego nie przepracują odpowiedniej ilości lat, zgromadzone na ich kontach emerytalnych kwoty będą niewielkie, a zdrowie nie będzie im już pozwalało na wysiłek i pracę. Wśród bezrobotnych są między innymi tacy, którzy na początku lat osiemdziesiątych i później należeli do najodważniejszych i najbardziej przedsiębiorczych, którzy nie mogąc znieść w zakładach rządów pułkowników odważyli się na zwolnienie z pracy i na rozpoczęcie własnego biznesu. Niektórym się powiodło, innym niestety nie. Nie zawsze było to związane z brakiem umiejętności i predyspozycji do tego typu działalności. Często decydował przypadek. Duża rolę odgrywało to ile zdołali zgromadzić funduszy na rozpoczęcie działalności, ile byli w stanie „załatwić” kredytu, z jakiego startowali pułapu. Im więcej zdołali zgromadzić pieniędzy tym łatwiej mogli ruszyć z „biznesem” i tym łatwiej i szybciej go rozwinąć. Wielu zaczynało od handlu na składanych łóżkach, od produkcji na jednej zdezelowanej, mało wydajnej maszynie. Niestety nie wszystkim się powiodło. Dziś wielu z powodu swej ówczesnej aktywności (czasem wyśmiewanej) cierpi biedę i przeżywa długotrwałe, koszmarne stresy i poniżenie. Ich koledzy, którzy pozostali w zakładach, biurach, instytucjach, niekiedy z konformistycznymi postawami, mają dziś satysfakcjonującą ich pracę, mają wysokie zarobki, adekwatne do swojego wykształcenia stanowiska, robią kariery menedżerskie, niektórzy z nich przejęli nawet przedsiębiorstwa na własność, stali się ich właścicielami lub współwłaścicielami, są wpasowani w odpowiednie układy.
Spora część osób, które znalazły się dziś na dnie ekonomicznym i społecznym mimo swego upokorzenia zdobywa się ciągle na to, by oddzielać swoje niepowodzenia od oceny sytuacji w kraju. Oceniając to, co dzieje się w kraju stara się kierować zdrowym rozsądkiem. Niektóre z tych osób sprzeciwiały się kiedyś aktywnie komunistycznemu ustrojowi, były silnie, emocjonalnie związane z ruchem przemian, z „Solidarnością”. W stanie wojennym angażowały się na miarę swoich możliwości i predyspozycji czynnie w działania przeciw reżimowi, drukowały ulotki, gazetki, rozwieszały ulotki na ulicach, w budynkach, w zakładach pracy, uczestniczyły w anty reżimowych demonstracjach, były bite przez zomowców, przebywały w aresztach, kolegia karały je grzywnami. Mimo, że identyfikowały się z ruchem „Solidarności”, nie zostały działaczami ani związkowymi, ani partyjnymi, nie, dlatego, że mają coś przeciw takiej działalności, przeciw demokratycznym strukturom, ale po prostu chciały spokojnie żyć, spokojnie pracować we własnych zakładach rzemieślniczych, w zakładach przemysłowych, instytucjach niepolitycznych. O to przecież również walczyły, aby ludzie niezorganizowani politycznie mogli też godnie żyć. Okazuje się jednak, że w firmach, instytucjach liczą się przede wszystkim znajomości, układy i przynależności. W polityce, w samorządach, w firmach, w radach nadzorczych i w innego typu instytucjach działają często ludzie, którzy trwają przy władzy jeszcze od czasów komuny, którzy paradoksalnie czując w dalszym ciągu sentyment do socjalizmu, odnaleźli się szybko w nienawidzonym jeszcze niedawno przez nich ustroju kapitalistycznym i są bezwzględnymi, pazernymi kapitalistami lub weszli z kapitalistami w układy. Są też i nowi działacze, którzy tak jak i tamci wykorzystują instytucje demokratyczne do wejścia w układy, do załatwiania własnych interesów. Zjawiska takie są niestety częste, a w odczuciu społecznym powszechne. Bulwersująca jest pazerność na pieniądze i władzę niektórych starych i nowych działaczy, menażerów, urzędników. Bulwersujące są zarobki, odprawy dyrektorów, kierowników w firmach państwowych, przemysłowych, handlowych i innych jednostkach gospodarczych i to nawet w takich, w których efekty ekonomiczne są mizerne. Bulwersująca jest powszechność korupcji. Jeśli można zrozumieć całą trudną sytuację gospodarczą kraju, to niektóre jej aspekty budzą sprzeciw i pogłębiają frustrację osób, które nie wciągnęły się w układy czerpiące profity z przemian, które cierpią biedę.
Główna przyczyną nieszczęść Polaków (również moich), źle funkcjonującej gospodarki, społecznych patologii nie są chyba, tak jak to często się słyszy, reformy przeprowadzone przez Balcerowicza. Były one pewnie konieczne, były narzędziem pozwalającym na przestawienie, przeniesienie naszej gospodarki z bajorka na szerokie wody gospodarki światowej. To, co się z nią dzieje teraz, jak sobie ona radzi, to już inny rozdział ekonomicznych zmagań. Gospodarka jest, jaka jest. Po jednoczesnym upadku gospodarek wschodnich, rynków państw byłego bloku komunistycznego, załamała się zupełnie wymiana handlowa z tymi państwami. Nie było dla kogo produkować. Gospodarka musiała i musi się nadal przekształcać, zmieniać zasady funkcjonowania, swoją strukturę. I tak dzięki odważnym reformom rządów solidarnościowych, dzięki reformom Balcerowicza, gospodarka nasza obroniła się przed jeszcze większą zapaścią, zdołała się przeorientować na bardziej wymagające rynki zachodnie. Zaczął się proces unowocześniania i dostosowywania do gospodarek Zachodu, rozpoczął się proces jej dostosowywania do potrzeb wewnętrznych i zewnętrznych, zmienił się profil inwestycji na bardziej konsumpcyjny, surowce i półprodukty z Zachodu przestały być bardzo drogie i niedostępne, uniezależniamy się od surowców Rosji. Dopiero teraz porównując naszą gospodarkę z gospodarkami rozwiniętymi, wchodząc w „obieg” międzynarodowego handlu, wspólnych inwestycji i gospodarczej współpracy uwidoczniła się przepaść, jaka dzieli naszą gospodarkę od gospodarek rozwiniętych, dopiero teraz widać jak słaba była gospodarka komunistyczna i jak śmieszne i zakłamane były hasła głoszone przez komunistów. Oczywistym jest, że komuniści nie oddaliby władzy gdyby nie zrujnowali gospodarki, gdyby nie skończył się okres jej ożywienia dzięki potężnym kredytom z Zachodu, gdyby nie zabrnęli w „ślepy zaułek” gospodarki ekstensywnej, „ręcznie” sterowanej. W każdym państwie zapóźnionym, rozwijającym się dopiero ekonomicznie istnieje dylemat, czy postawić na szybszy rozwój gospodarki kosztem pomocy socjalnej najuboższym, kosztem nawet społecznej sprawiedliwości, czy udzielać większego wsparcia najuboższym, dbać o w miarę sprawiedliwy podział dóbr, hamując rozwój ekonomiczny kraju. Wydaje się, że pierwsze podejście jest bardziej rozsądne. W dłuższej perspektywie na rozwoju gospodarki korzystają wszyscy, również najubożsi. W drugim przypadku stagnacja powoduje coraz to większe trudności całego kraju, powiększa ilościowo sfery biedy, pogłębia jeszcze bardziej ubóstwo jednostek.


Portiernia,  2007 r.

Dziś myślę już zupełnie inaczej, moje bezkrytyczne zawierzenie decydentom, gospodarczym ekspertom, autorytetom już dawno przeminęło. Tytuły naukowe, lansowanie kogoś przez władze i publicystów, że jest on wyrocznią ekonomiczną, fama medialna przestają być dostatecznymi przesłankami, bym uznał kogoś za autentyczny autorytet. Liczy się empiria i sprawdzanie się głoszonych poglądów i doktryn w otaczającej nas rzeczywistości
Prowadzona przez Leszka Balcerowicza i Radę Polityki Pieniężnej zbyt restrykcyjna, sknerowata polityka monetarna i nad-liberalna i przejęcie neoliberalnej strategii przez kolejne rządy i jej realizowanie przyniosło przeciwne do oczekiwanych rezultaty. Spowolniło rozwój, ograniczyło koniunkturę, ludzką aktywność, doprowadziło do pauperyzacji i bezrobocia wielkich rzesz ludzkich



Na bezrobociu, lipiec 1997r.

Społeczeństwo jest w stanie wiele zrozumieć.

Społeczeństwo jest w stanie wiele zrozumieć i znieść w imię lepszej przyszłości swojej, swoich dzieci i kraju. Jeśli jednak w czasie niewątpliwie trudnych przemian gospodarki i ustroju państwa pewne wynaturzenia i niesprawiedliwości przyjmują zbyt drastyczne formy, jeśli przekroczą granicę społecznej tolerancji i wytrzymałości, granicę nędzy i upokorzeń, jeśli zostanie zagrożona fizyczna egzystencja ludzi, myślenie w kategoriach nadziei musi być siłą rzeczy wyparte poczuciem rezygnacji i odruchami obrony i może nastąpić wybuch społecznego sprzeciwu. Choćby, dlatego, istnieje konieczność objęcia społeczeństwa przez państwo osłonami socjalnymi, choćby na minimalnym poziomie a także potrzebna jest walka z cwaniactwem, z aferami, z patologiami, z niesprawiedliwościami, ze zbyt dużymi, drastycznymi dysproporcjami w poziomie życia obywateli tego samego przecież kraju. Grupy społeczne, zawodowe jak dyrektorzy, kierownicy, ale też i prawnicy, urzędnicy itp. nie powinny żądać (jak to się często zdarza) takich płac, jakie są w państwach bogatych. Argument, że w takich samych lub podobnych zawodach osoby pracujące u nas i w krajach bogatych powinny otrzymywać takie samo lub podobne uposażenia, gdyż wkładają taki sam wysiłek, a ceny produktów u nas i u nich są podobne jest argumentem nielogicznym i nieetycznym. Płace można porównywać tylko do płac w innych zawodach w obrębie jednej, tej samej gospodarki. Jakie by nie były obiektywne przyczyny dzisiejszej sytuacji, za komuny ludzie pod względem socjalnym czuli się bezpieczniej. Skłamałbym, gdybym stwierdził, że dziś w nowej rzeczywistości żyje mi się lepiej niż np. w latach siedemdziesiątych. Jak wielu Polkom i Polakom żyje mi się obecnie bardzo ciężko. Dzisiejsze bezrobocie coraz bardziej doskwiera. Jak długo pomimo samodyscypliny, pomimo rozsądku można wytrzymywać nędze i poniżenie? Jak długo można poświęcać osobiste szczęście, tłumaczyć sobie swoje upodlenie ogólną sytuacją kraju, jeśli widzi się tyle pazerności, niesprawiedliwości, niegodziwości, jeśli osoby o porównywalnych zdolnościach, inteligencji, wykształceniu i zdolności do aktywności, żyją w tak jaskrawo różnych warunkach, jeśli jedni zarabiają krocie, są u władzy a drudzy są bezrobotnymi lub pracują za najniższe głodowe stawki, jeśli właściciele firm prywatnych wyzyskują w sposób drastyczny pracowników (jest to podobno cecha początkowej, pazernej fazy kapitalizmu), jeśli w firmach państwowych kadra zarabia kilkadziesiąt razy więcej od szeregowych pracowników, jeśli bogaci, aby dokonać sobie odpisów podatkowych „inwestują” nie w rozwój przedsiębiorstw, ale w cokolwiek np. w niepotrzebne, nieefektywne, niewykorzystywane zgodnie z przeznaczeniem „budowle administracyjne”- pałace, gdy inni nie mają gdzie mieszkać? Zarówno korupcja, nieuczciwość urzędników, dyrektorów państwowych i publicznych firm jak i pazerność i hiper egoizm nuworyszy kapitału są dla zwykłych obywateli bardzo gorszące i ogromnie doskwierają. Z dzisiejszej perspektywy nie dziwią lewicowe poglądy ludzi w przeszłości, nie dziwi to, że idee socjalizmu były kiedyś, dawniej tak atrakcyjne, że miały duży, szeroki oddźwięk, również w kręgach inteligencji.
Bieżące łatanie biedy być może hamuje lub uniemożliwia rozwój ekonomiczny. Jednak nie można inwestować w budowę domu, nie zapewniając dzieciom butów. W gospodarkach ubogich, o dużym bezrobociu nie można z dnia na dzień zastosować skrajnej liberalnej gospodarki i pozostawić obywateli samym sobie, tak jak tego chcą skrajni, doktrynalni liberałowie tacy jak np. członkowie Unii Polityki Realnej. Rozwój biznesu nie może być celem samym dla siebie, powinien być środkiem do zaspokajania potrzeb właścicieli firm, pracowników i całego społeczeństwa, bo przecież firmy funkcjonują w tym społeczeństwie i czerpią z niego swoje zyski. Nawet w państwach o gospodarkach liberalnych, w których społeczeństwa żyją w dobrobycie nie eliminuje się całkiem polityki socjalnej, polityki wspierania swoich obywateli. Potrzebne jest wyważenie. Polityka prorozwojowa i polityka socjalna, opiekuńcza muszą współistnieć. Mogą się tylko zmieniać proporcje udziałów każdej z nich.

Niektórzy uważają, że do sukcesu biznesowego czy zawodowego potrzebne są umiejętności, dobry pomysł, determinacja, wielka praca a szczęście i układy są tylko dodatkowymi potrzebnymi elementami. Inni, przeciwnie, że decydujące są układy i szczęście- sprzyjające okoliczności poparte oczywiście innymi wymienionymi wcześniej elementami. Pewnie jest różnie. Chyba jednak w większości przypadków, przynajmniej u nas w Polsce wersja druga jest bliższa prawdy.



Na bezrobociu, lipiec 1997 r.


O pustyni i chaosie na rynku pracy. Nie jestem w stanie znaleźć jakiejkolwiek pracy.


Osoby po czterdziestce, nawet z wyższym wykształceniem nie mają dzisiaj szans nie tylko na dobrą, godną pracę, ale mają potężne trudności w znalezieniu jakiegokolwiek zatrudnienia. Jeśli ktoś wyleciał „z obiegu”, z układów to nowej pracy nie dostanie. Nie mają oni też szans na otrzymanie kredytu (brak zabezpieczeń). Irytujące jest też to, że pracodawcy na podrzędne stanowiska do objęcia, których wystarczyłoby godzinne przeszkolenie, przyjmują tylko osoby, które ukończyły odpowiedni kurs. Nie liczy się wykształcenie, ogólne możliwości, lecz konkretny „papier”. Dziś bardziej niż w przeszłości ludzi się szufladkuje, nie traktuje się ich, jako integralne osobowości, nie ocenia w sposób „uniwersalny”, całościowy, oczekuje się od nich konkretnych umiejętności, czy raczej zaświadczeń o tych umiejętnościach, nawet gdy są to umiejętności błahe, banalne. Nie wierzy się w ludzką inteligencję, w możliwości przystosowania. Formalizacja ma zastosowanie zarówno tam gdzie jest ona uzasadniona, jak i tam gdzie nie jest potrzebna, gdzie stanowi rutynową wartość samą dla siebie. Nawet do tego by otrzymać pracę przy zamiataniu ulicy trzeba się okazać odpowiednim zaświadczeniem o ukończeniu kursu zamiatania lub trzeba mieć odpowiednie znajomości. Starając się o pracę trzeba by ukończyć, co najmniej kilkanaście różnych kursów, gdyż nie wiadomo, który będzie potrzebny przy ubieganiu się o pracę z kolejnego ogłoszenia, jednocześnie urzędy pracy nie chcą finansować tego typu szkoleń. Wolą wydawać pieniądze na inne mało efektywne akcje. Zupełnie nie można liczyć na pomoc ani Rejonowych Urzędów Pracy, ani komercyjnych biur pośrednictwa pracy. Żądanie okazania jakiegoś „papieru” przez pracodawców i urzędników służy zresztą w większości przypadków do zakamuflowania odmowy zatrudnienia. Niektórzy pracodawcy grają w podchody, każą wypisywać w ankietach wysokości oczekiwanych przez kandydatów do zatrudnienia pensji. Nie wiadomo czy korzystniej jest podać niską kwotę czy wysoką. Podając niska można być posądzonym o brak dowartościowania, podając zbyt wysoką o brak umiaru i chciejstwo. Paradoksalnie osobom z wyższym wykształceniem (o nie modnym dziś profilu), jeśli się do niego przyznają trudniej jest znaleźć pracę niż osobom bez takiego wykształcenia. Nawet, gdy starają się o zwykłe „robotnicze” miejsce pracy, są traktowani bardziej nieufnie, nie wierzy się w ich praktyczne umiejętności, nawet, gdy okazują świadectwa o ukończeniu odpowiednich kursów. Oceny przydatności do pracy są pochopne, powierzchowne, schematyczne, nie opierają się na rzeczywistych umiejętnościach i przydatności a na pojedynczych, chwilowych, powierzchownych przesłankach. Do pracy są przyjmowane albo osoby z układów, albo osoby młode. Jest dobrym prawem młodych, aby dobrze wystartowały w życie, by nie zostały zastopowane już na początku ich zapał i energia. Młodzi są bardziej ekspansywni, ambitni, mają więcej witalności, ale czy ci po czterdziestce muszą „iść w odstawkę”, są już nic nieznaczącymi, niepotrzebnymi odpadami? Denerwująca jest postawa niektórych młodych zwłaszcza na tzw. stanowiskach, którzy są bardzo butni, zarozumiali. Uważają, że wszystko im się należy. Skoro ukończyli studia, to mają zarabiać wielkie pieniądze, inni ich nie obchodzą. Uważają, że skoro inni nie pracują, to sami są sobie winni, bo sobie nie radzą. W czasie rozmów z młodymi menażerami daje się odczuć ich obawę o to, by ktoś o większym od nich doświadczeniu zajął ich miejsca i nie przekonują ich zapewnienia rozmówcy, że nie ma takich intencji, że wystarczy mu jakiekolwiek stanowisko pracy. Ci młodzi, butni i zarozumiali nie chcą wiedzieć tego co było wcześniej, nie dociera do nich, że to przecież starsze pokolenie doprowadziło do przemian, do tego, że mogli oni dzisiaj pobierać nauki w tych dziedzinach, które są dziś modne. Każde młode pokolenie realizuje się poprzez różnego rodzaju aktywności, bunty, działania zmierzające do naprawienia świata (często naiwne, utopijne). Jest to prawo młodych. Dzisiaj jest wiele świetnej, wspaniałej młodzieży, jednak spora jej część wpisuje się w ogólny trend komercji. Najważniejszym staje się dla niej zdobywanie dużych pieniędzy, zdobywanie pozycji w różnego typu władzy, sukces za wszelką cenę. Jedni realizują to nielegalnie, tworząc bezwzględne mafie, inni drogami legalnymi, prawnie dozwolonymi, choć często również moralnie dwuznacznymi. Jedni i drudzy owładnięci są silną rządzą pieniądza, prestiżu, władzy. Pogoń za pieniędzmi, przysłowiowy wyścig szczurów stały się dzisiaj normą, dominującą i obowiązującą zasadą. System wymusza dziś wyścig, wciąganie jednostek w rywalizację, w pogoń za „szmalem”, za władzą. Dziś wielu młodych ludzi już nie zna innego życia, nie wie, że istnieją inne możliwości spędzenia danego im do przeżycia na Ziemi czasu. Już od dziecka obserwują zmagania rodziców, są wprzęgani w wyścig: ucząc się w szkołach za pieniądze rodziców, dążąc do uzyskania nagród, stypendiów na studiach itd. Zatracane są takie wartości jak koleżeństwo, współodczuwanie, solidarność, życie we wspólnocie.
W naszej gospodarczej schizofrenicznej rzeczywistości dochodzi do paradoksów i skrajności. Z jednej strony na najwyższych, najważniejszych stanowiskach usadowiło się pełno dawnych działaczy partyjnych o ukształtowanej przez dawny system komunistyczny mentalności, z drugiej strony stało się modne hasło i praktyka przyjmowania do firm, urzędów i instytucji na niższe stanowiska osób całkiem młodych, kształcących się już w nowej rzeczywistości, nieskażonych dawnym ustrojem. Ludzie nieutożsamiający się z dawnym komunistycznym ustrojem, ale których młodość i początki zawodowego życia przypadły na okres sprzed demokracji są automatycznie traktowani jako ci skażeni, napiętnowani. Mój optymizm, wręcz euforia z okresu: najpierw wybuchu „Solidarności” a później z okresu tworzenia nowego państwa po 1989r. zmienił się dziś w poczucie gorzkości, niesmaku, w wręcz w traumatyczne przeżycia, w poczucie beznadziejności, bezsensu, niemocy.
Osobiście szkoda mi niekonwencjonalnych czasów, młodzieńczych bezinteresownych buntów, wspólnych idei i wizji świata. Komercja dzisiaj jest wszechwładna i wszechobecna. Jest ona może motorem rozwoju, ale niszczy też znakomicie normalne, pozbawione egoizmów stosunki między ludźmi. Stosunki te stają się kanciaste, pozbawione serdeczności, solidarności, bezinteresowności.
Dobrze, że istnieją jeszcze tacy ludzie jak: Kuroń, Kotański, Ochojska, siostra Chmielewska, Owsiak, siostry i księża z Caritasu i wielu innych, dzięki którym świat staje się bardziej przyjazny, ludzki. Może na stare lata dzisiejsi bezrobotni znajdą schronienie w jednym z przytułków stworzonych przez takie jak oni osoby.
Oczywiście nie życzę sobie ani innym powrotu do zbrodniczego, siermiężnego socjalizmu. Jednak i dziś nie czuję się człowiekiem wolnym. Dawniej byliśmy ograniczani przez państwo. Dziś jesteśmy ograniczani przez oligarchiczne stosunki, jesteśmy wprzęgani nawet wbrew naszej woli w tryby komercyjnej machiny. Ludzie stali się maszynami do robienia pieniędzy. Bożek- pieniądz ogranicza ludzkie uczucia, blokuje międzyludzkie bezinteresowne kontakty. Dawniej państwo, władza narzucała jednorodne myślenie, dzisiaj wciągani jesteśmy w jednolite myślenie, w masowy, ogólnospołeczny szczurzy, jednokierunkowy pęd po pieniądze, władzę, sławę, po sukces za wszelką cenę, jakże często za cenę wyrzeczenia się moralności. Wystarczy posłuchać młodych ludzi. Chcą szybkich karier, dużych pieniędzy. Gdzie się podziały dawne ideały, przyjaźnie, wspólnoty dające jednostkom poczucie bezpieczeństwa i współprzeżywania? Liczy się zunifikowany „indywidualizm”. Dawniej jednostki były dowartościowywane przez wspólnoty, wspólnoty nie zacierały, nie odbierały jednostkom indywidualizmu, dziś indywidualizm jest pozorny, sztampowy, każdy samemu, samotnie podąża w tym samym kierunku, tymi samymi torami.



Na bezrobociu, sierpień 1997 r.

Denerwują mnie niesprawiedliwe opinie.


Denerwują mnie skrajnie nieodpowiedzialne, niesprawiedliwe wypowiedzi niektórych publicznych osób, którym tak łatwo przychodzi negatywne osądzanie innych, którzy twierdzą, że bezrobotni i ludzie żyjący w skrajnej biedzie są sami sobie winni, gdyż nie chcą pracować, zmieniać swego losu. Narzekania na biedę nie są nieuzasadnionym zrzędzeniem, utyskiwaniem, nie są podyktowane tęsknotą za PRL–em ani mentalnością, która pozostała po komunistycznym okresie tak jak to komentują niektórzy politycy i dziennikarze. Trzeba być szczelnie zamkniętym w swoim zaskorupiałym światku, albo mieć tyle egoizmu i cynizmu, aby wypowiadać tak dziwne i nieprawdziwe sądy. Za nic mają nauczanie naszego Papieża o potrzebie ludzkiej solidarności, za nic mają ideały towarzyszące masowemu, społecznemu ruchowi „Solidarność”, dzięki któremu do przemian w ogóle doszło. Widząc tyle biedy dookoła, oglądając choćby telewizyjne reportaże, widząc, że gospodarka kuleje i nie może wchłonąć bezrobotnych i jednocześnie twierdzić, że biedni, bezrobotni są sami sobie winni gdyż nie chcą pracować lub że są nie mobilni, ze nic nie robią, by pracę znaleźć, to skrajna nieodpowiedzialność. Ciekaw jestem, jaka część z tych osób, które tak zdecydowanie wyrażają swoją dezaprobatę dla tych, którzy nie pracują, którzy nie mogą jej znaleźć, znalazła pracę lub rozpoczęła własną działalność zarobkową sama, bez pomocy rodziny, znajomych, wyłącznie przy pomocy własnej inicjatywy, przy pomocy składanych podań, przeprowadzonych osobiście rozmów. Na pewno wśród bezrobotnych są i tacy, którzy nie chcą pracować, jednak uogólnianie, nie dostrzeganie wysiłków i bezsilności ludzi, którzy starają się o pracę, o wyjście z nędzy, często z nędzy skrajnej, jest czymś niezrozumiałym. Mało jest osób, które potrafią być całkowicie obiektywne, na których osobista sytuacja czy otoczenie w sposób świadomy lub podświadomy nie rzutują na ich sposób postrzegania rzeczywistości. Sprawdzają się niestety powiedzenia, że sposoby widzenia zależą od miejsca siedzenia i że syty nie zrozumie głodnego, zdrowy chorego itd. itp. Ci, którym dobrze się powodzi, którzy mają np. własne biznesy powinni zrozumieć to, że wszyscy bogaci i biedni, pracodawcy i pracobiorcy, producenci i odbiorcy dóbr, funkcjonujemy w tej samej gospodarce, na tym samym rynku, jesteśmy ze sobą powiązani i gdy będzie się wiodło dobrze wszystkim obywatelom, całemu społeczeństwu, to i im będzie łatwiej funkcjonować, a ryzyko załamania się ich godnego bytowania będzie mniejsze. Im mniej biedy, im mniej obywateli, współmieszkańców terytorium naszego kraju znajdzie się poza „burtą”, tym większa będzie chłonność rynku, tym szerzej gospodarka będzie funkcjonować wewnątrz kraju, tym lepiej funkcjonować będzie podział pracy, tym mniej będzie ograniczeń, tym większe będą możliwości rozwoju, a gospodarka nie będzie się wtedy zawężać, nie będzie się kisić w okrojonych kręgach odbiorców, producentów i usługodawców. Problemy społeczne, społecznych dołów nie docierają do świadomości elit politycznych, biznesowych, elit działających w informacji i kulturze. Nawet wtedy, gdy przedstawiciele tych elit deklarują, że są zorientowani, ich wiedza jest powierzchowna, „nieprzeżyta”. To tak jakby wypowiadali się o czymś, co jest daleko i o czym usłyszeli przypadkowo i tak naprawdę nie dociera to do nich w pełni. Z niektórych komentatorów wychodzi albo głupota i lenistwo- podchodzą do problemu mniej niż powierzchownie, zupełnie nie dociekają przyczyn zjawiska- albo sadystyczna natura, natura właścicieli niewolników Sami zarabiając godziwe pieniądze lekko i bezproblemowo wygłaszają kwestie, że ludzie są leniwi, bo nie chcą pracować za proponowane im stawki, gdy te ich zarobki nie wystarczyłyby nawet na najpotrzebniejsze wyżywienie, na uzupełnienie spalonych w czasie pracy kalorii i które to oficjalne zarobki były by im odebrane na zaległe opłaty.
W dzisiejszej audycji radiowej upatrywano przyczyn życia w nędzy pracowników byłych PGR-ów w tym, że ludzie ci nie potrafią odnaleźć się w dzisiejszej rzeczywistości, że w PRL-u żyli biednie, ale mieli poczucie bezpieczeństwa, a dziś są w stanie inercji, nie potrafią zadbać o zmianę swego losu. Takie przedstawianie problemu ludzi bezrobotnych jest dla mnie bezdusznym traktowaniem ludzi, może prostych, może niezaradnych, jako nic nieznaczących śmieci, które tylko przeszkadzają, zakłócają spokój sumień i psują krajobraz społeczny. Mam nawet wrażenie, że chyba najchętniej pozbyto, by się ich w sposób fizyczny. Prawdą jest, że nieszczęście pracowników PGR-w i ich rodzin ma swe źródło w bezsensownym systemie stworzonym za czasów komuny. Jednak zbyt łatwo po istnieniu 8 lat demokratycznego ustroju usprawiedliwia się nędzę swych współobywateli tylko winami PRL-u. Oczywiście nie jest winą dzisiejszego systemu i dzisiejszego państwa to, że zlikwidowano nieefektywne PGR-y i ludzie pracujący w nich stracili pracę, ale winą dzisiejszego systemu i dzisiejszego państwa jest to, że rynek pracy ich nie wchłonął, że państwo pozostawiło ich samym sobie.
Wbrew twierdzeniom niektórych osób, które zaliczają siebie do elit, przeciętni Polacy nie są wrogo nastawieni, nie występują przeciw elitom, przeciw autorytetom i przeciw ludziom bogatym. Przeciętnym Polakom nie chodzi o to, by nikt nie wyrastał ponad przeciętność, chodzi im o to, by nie było w Polsce ludzi wyrzuconych za nawias społecznej wspólnoty, ludzi „zatopionych”.



Na bezrobociu, sierpień 1997 r.

O sposobach myślenia kadry menedżerskiej i urzędniczej.

Tak właściwie w przedsiębiorstwach, w urzędach uznaje się dzisiaj tylko studia na kierunkach prawniczych, prawniczo- administracyjnych, ekonomicznych i na coraz to modniejszym kierunku: zarządzania i marketingu. .Zupełnie ignoruje się i lekceważy absolwentów studiów politechnicznych. Tak jakby myślenie było przypisane tylko do niektórych kategorii absolwentów. Hermetyczny establishment urzędniczo- polityczny z poczuciem wyższości odnosi się do tych absolwentów, nie dowierzając, by mogli oni myśleć w kategoriach ogólnych, humanistycznych, by dostrzegali problemy człowieka i współczesnego świata. Nastała nawet moda na chwalenie się ignorancją w dziedzinach matematyczno – fizycznych i brakiem umiejętności myślenia ścisłego. Przedstawia się to, jako zaletę, jako korzystny brak obciążenia dla myślenia humanistycznego, tak jakby jedno myślenie wykluczało drugie. Nawet w mieście, w którym miejscowa politechnika jest w ogólnopolskich rankingach wartości szkół wyższych lepiej oceniana od miejscowego uniwersytetu urzędnicy i menedżerowie z podejrzliwością, z poczuciem wyższości i z butą odnoszą się do absolwentów studiów technicznych zupełnie odbierając im szansę na dostosowanie do wymogów konkretnego miejsca pracy, wolą przyjąć osobę ze średnim wykształceniem kierunkowym niż absolwentów politechniki.
Owczy pęd i zachłyśniecie się kapitalizmem, wolnym rynkiem, handlem, reklamą, sektorem finansowym i zarządzaniem powoduje, że produkcja, technika technologie, które przecież decydują o jakości egzystencji ludzi i społeczeństw są dziś traktowane jako balast.



Na bezrobociu, sierpień 1997 r.
O upokorzeniu i braku pokory.

Trzeba mieć w sobie dużo pokory, aby nie czuć się upokorzonym brakiem pracy, brakiem pieniędzy, biedą. Ja niestety nie mam w sobie tyle siły ducha, tyle stoickiego spokoju, by spoglądać z dystansem na to co dzieje się w Polsce, by znosić to cierpliwie, bez buntu, bez poczucia upokorzenia, by spoglądać na to co dzieje się dookoła mnie, z perspektywy jaką proponują mądrzy ludzie Wschodu.



Na bezrobociu, sierpień 1997 r.

O poglądach Korwina Mikke i działaczach Unii Polityki Realnej.

Teorie Mikke są tak samo utopijne jak teorie Marksa. Jego pomysły i teorie nie uwzględniają tego, że w naturze ludzkiej tkwią obok dobrych cech także te złe, egoizm, próżność, chytrość, chęć dominowania. Mam wrażenie, że wprowadzenie jego teorii w życie nie tylko by te negatywne cechy utrwaliło, ale prowadziłoby do ich pogłębienia. Okresy niewolnictwa to też przecież wolność rynkowa, niedemokratyczna gra sił, wykorzystywanie jednych przez drugich, słabszych przez silniejszych, prostolinijnych przez cwańszych itd. Ludzie od zarania dziejów organizowali się w grupy, we wspólnoty, po to, by było im łatwiej żyć i po to, by się wzajemnie wspierać, by wykorzystywać różne talenty i umiejętności poszczególnych swych członków, by silniejsi bronili słabszych, by sprytniejsi, inteligentniejsi opiekowali się mniej zaradnymi itd. Kształtowały się coraz to doskonalsze organizacje, coraz to doskonalsze demokracje. Społeczeństwa coraz bardziej się integrowały Tworzono też coraz to nowe normy postępowania i współżycia. Oczywiście z czasem to tworzenie norm poczęło przybierać coraz bardziej drastyczne, skrajne formy, zabierające coraz to więcej wolności jednostkom. Tak jak we wszystkich dziedzinach życia potrzebne jest zachowanie równowagi. Żadne przerosty, żadne skrajności nie prowadzą do dobrego Doktryny głoszące skrajne tezy, zawierające skrajne, a przy tym „czyste, przejrzyste” i uproszczone poglądy są chwytliwe. Również hasła gospodarki rynkowej i liberalnej nie powinny stawać się fetyszami, zaklęciami, nie powinny stawać się doktryną.
I ci, którzy chcieliby zbyt drastycznego ograniczenia wolności jednostek w imię dobra wspólnoty i ci, co chcieliby prawie zupełnego wycofania się państwa z życia społecznego i pozostawienia społeczeństwa swobodnej grze, swobodnym relacjom między jednostkami (cofnięcia się do przed państwowych relacji lub utrwalenie stosunków panujących w państwie kastowym) głoszą niebezpieczne dla społeczeństwa hasła.
Mikke głosi: żadnej pomocy, żadnych podatków, żadnych zasiłków, żadnych obciążeń gospodarki. Myślenie takie może było dobre dawno temu, gdy rozwój gospodarek powodował szybkie wchłanianie do niej ludzi. Dziś przy szybkim rozwoju technicznym i technologicznym, przy automatyzacji, racjonalizacji i porządkowaniu organizacji pracy, przy zwiększaniu się wydajności pracy, nawet przy zwiększaniu się produktu globalnego i zwiększaniu się sfery usług, duża część społeczeństwa musi pozostać bez pracy lub znaleźć pracę w usługach lub administracji, również w takich usługach i takich miejscach administracji, które nie wnoszą wiele publicznego pożytku (bezrobocie ukryte). Czy bezrobotnych można traktować, jako bezproduktywny, bezużyteczny balast i pozwolić by byli oni wyrugowani ze społeczeństwa, by powoli umierali?
Przez wieki kształtowały się: poziom społecznego rozwoju, społecznego zorganizowania, kształtowały się charaktery ludzi i społeczeństw. O poziomie społecznego rozwoju świadczy między innymi poziom społecznej solidarności. Społeczeństwa nie godzą się na to, by stosunki społeczne były kształtowane przez prawa buszu, na prymitywne „ptasie” czy „gadzie” myślenie i relacje, gdzie osobnicy silniejsi pożerają słabszych. Czy o rozwoju społecznym decydują wyłącznie wskaźniki produktu globalnego, średnie dochody jednostek? Czy w naszym myśleniu nie powinny pojawić się inne wskaźniki rozwoju, stanu społecznej kondycji? Czy procent, liczba osób pozostających na społecznym marginesie, żyjących w nędzy, pozostających bez środków do życia, liczba ludzi chorych, liczba ludzi bezdomnych, wysokość najniższych pensji itd. nie są prawdziwymi, najważniejszymi wskaźnikami na podstawie, których można oceniać poziom społecznego rozwoju? Jeśli ludzkość pretenduje do tego, by wyróżniać się ze świata zwierząt, to powinniśmy pozbywać się swoich egoizmów, powinniśmy rozwijać w sobie takie cechy jak współczucie, społeczną solidarność itp. Jeśli komuś nie odpowiada życie stadne, może przenieść się przecież w odludne miejsce i żyć samemu, bez wspierania innych ale i bez korzystania z pomocy innych i bez korzystania z dorobku wspólnoty, choćby w postaci infrastruktury państwa.
Poglądy Korwina Mikke są tylko pozornie logiczne, są bardzo uproszczone, jednostronne, wycinkowe, nie uwzględniają całej złożoności funkcjonowania gospodarki i życia społecznego. Obejmują tylko jedną dziedzinę gospodarki, jaką są podatki i to w sposób bardzo powierzchowny. Zadufanie, wiara w nieomylność, w jedynie słuszne poglądy działaczy Unii Polityki Realnej są chorobliwe, są przejawami myślenia doktrynalnego, ideologicznego.
 Mikke nie potrafi wyjść z ograniczeń perspektywy pojedynczego gospodarczego gracza. Gdyby uwolnił się od wąskiej i bliskiej perspektywy i zobaczył problemy w perspektywie szerszej i dalszej, to w wielu przypadkach, dostrzegłby, że jego widzenie było ograniczone.



Styczeń 2005


Korwin Mikke to zarozumiały, kabotyn, pozer, cynik z poczuciem wyższości, uważający siebie za wybitnie inteligentnego osobnika. Szowinista męski i ideowy, totalnie liberalny gospodarczo i zachowawczy ideowo, konserwujący mentalność kastową, z prawie zerowymi współodczuwaniem i spolegliwością.




Potrzebny są umiar i rozwaga.


Czy samoregulacja rynku i życia społecznego wystarczy do etycznego i efektywnego funkcjonowania państwa i społeczeństwa? Chęć wpływania jednostek, grup na zorganizowanie życia społeczno- gospodarczego jest tak stara jak to społeczne zorganizowanie. Naturalnym procesom organizowania się społeczności towarzyszą naturalne chęci i procesy wpływania na nie osób i grup. Również organizowanie się społeczeństw w państwa, wyłanianie różnymi drogami osób zarządzających tymi państwami i wpływanie rządzących na państwa i pośrednio na społeczeństwa, to naturalne, historyczne procesy. W demokracjach społeczeństwa wybierają kompetentne władze, by poprzez nie mieć wpływ na to co dzieje się w państwie. Dlatego pewien wyważony, kontrolowany wpływ rządzących na procesy zachodzące w państwie jest naturalnym i pożądanym stanem rzeczy.
Dlatego głosy skrajnie liberalne, by państwo całkiem wycofywało się z życia społecznego, z życia swych obywateli, by wolny rynek i wolna gra osób i grup same regulowały społecznymi relacjami są zaprzeczeniem tych naturalnych tendencji i potrzeb, przynajmniej w obecnej fazie społecznego rozwoju. Choćby działanie grup przestępczych wpływających na rynek z pozycji brudnej siły, poprzez zastraszanie i fizyczne eliminowanie przeciwników, oszustwa, lichwa, ale też inne może mniej drastyczne patologie wymagają przeciwstawienia się państwa. Dlaczego państwo nie miałoby bronić swych obywateli, dlaczego miałoby pozostawiać grę innym mniej zorganizowanym i słabszym podmiotom? Dlatego głosy skrajnie liberalne, by państwo całkiem wycofało się z życia społecznego, z życia swych obywateli, by wolny rynek i wolna gra osób i grup same regulowały społecznymi relacjami są zaprzeczeniem tych naturalnych tendencji i potrzeb. Państwo, jako forma organizacji społeczeństwa nie jest jeszcze niepotrzebnym przeżytkiem. Oczywiście, zbytnie ingerowanie państwa w życie nie tylko pojedynczych osób, ale i w funkcjonowanie grup i społeczności, a zwłaszcza narzucanie siłą ustroju i praw jest szkodliwe i niemoralne. Odczuliśmy to zresztą drastycznie na „własnej skórze” żyjąc w PRL-u. Oczywiście państwo, jako gracz najsilniejszy, dysponujący największymi możliwościami, największymi aparatami kontroli i przymusu powinno zachować szczególną ostrożność i umiar w tej grze, powinno stale samo ograniczać się. Ale nawet w państwach rozwiniętych, bogatych, dobrze zorganizowanych istnieją różnego rodzaju zakazy i ograniczenia.
Rządzący dzisiaj Polską działają tak jakby obawiali się, że zelżenie liberalnych, ale też trudnych warunków gospodarowania i wprowadzenie więcej społecznego solidaryzmu oznaczałoby powrót do skompromitowanego ustroju „społecznej sprawiedliwości”, do komunizmu.


Normal style='text-align:justify'> 



Potrzeba od czasu do czasu trochę syntezy.

Dobrze, gdy w dyskusjach, z poziomu analiz staramy się przejść od czasu do czasu na poziom ogólności, syntezy. Trudno dyskutuje się z osobami, które zamykają się w swoich myślowych światach, czasami bardzo hermetycznie, które traktują swoje myślenie, poglądy i wyznawane wartości i ich hierarchię za jedynie słuszne, jedynie możliwe.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz