Notatki: 1997 c
Zawiedzione nadzieje – pamiętnik wykluczonego.
Z żalem o III Rzeczypospolitej.
Na bezrobociu, luty
1997 r.
Jest jak
jest.
Miniony rok był
kolejnym rokiem bezsilności, w którym nie udało mi się poczynić pozytywnych
kroków w żadnej dziedzinie. Staram się nie wpadać ani w depresję, ani zbytnio
nie histeryzować.
Na bezrobociu, luty
1997 r.
Nie jestem
silny pokorą
Chciałbym, ale
nie jestem na tyle silny, na tyle uspokojony wewnętrznie, aby przyjąć do końca
zasadę, że życie należy przyjmować takim, jakim jest, aby zadowolić się tym, co
cię ma i nie oczekiwać niepotrzebnie na zmiany, zasadę, że jeśli przyjdzie coś
pozytywnego, jeśli się zdarzy to dobrze, jeśli nie to trudno. Nieszczęściem
jest to, że oczekuje się zbyt dużo, nie zadowala tym, co jest. Staram się
ograniczać swoje oczekiwania, staram się nie być pazernym, brać życie takim,
jakie jest. Jednak nie potrafię do końca wyrzec się nadziei na lepsze,
ograniczyć całkiem swoich oczekiwań, nie denerwować się tym, co dzieje się
dookoła. Istnieje potrzeba, aby od czasu do czasu upuścić trochę swoich
frustracji. Po co epatować bliźnich w rozmowach swoim pesymizmem,
rozgoryczeniem, kłopotami. Kartka jest cierpliwa, przyjmie wszystko bez
znużenia. Na dłuższą metę nie zmieni to niczego, nie wyeliminuje całkiem
stresów i frustracji, jednak może na pewien czas nieco je rozładuje, może da
złudzenie podzielenia się nimi z otoczeniem.
Na bezrobociu, lipiec
1997.
O
bezrobociu. Znalezienie pracy bez znajomości graniczy z cudem.
Bezrobocie przynosi
wiele nędzy, upokorzeń i stresów. W najtrudniejszej sytuacji są bezrobotni
starsi, po czterdziestce, którzy mimo wielu starań nie są w stanie znaleźć
pracy. Jeśli nawet znajdą jakieś doraźne zarobkowanie to i tak z trwogą myślą o
wieku emerytalnym do osiągnięcia, którego nie przepracują odpowiedniej ilości
lat, zgromadzone na ich kontach emerytalnych kwoty będą niewielkie, a zdrowie
nie będzie im już pozwalało na wysiłek i pracę. Wśród bezrobotnych są między
innymi tacy, którzy na początku lat osiemdziesiątych i później należeli do
najodważniejszych i najbardziej przedsiębiorczych, którzy nie mogąc znieść w
zakładach rządów pułkowników odważyli się na zwolnienie z pracy i na
rozpoczęcie własnego biznesu. Niektórym się powiodło, innym niestety nie. Nie
zawsze było to związane z brakiem umiejętności i predyspozycji do tego typu
działalności. Często decydował przypadek. Duża rolę odgrywało to ile zdołali
zgromadzić funduszy na rozpoczęcie działalności, ile byli w stanie „załatwić”
kredytu, z jakiego startowali pułapu. Im więcej zdołali zgromadzić pieniędzy
tym łatwiej mogli ruszyć z „biznesem” i tym łatwiej i szybciej go rozwinąć.
Wielu zaczynało od handlu na składanych łóżkach, od produkcji na jednej
zdezelowanej, mało wydajnej maszynie. Niestety nie wszystkim się powiodło. Dziś
wielu z powodu swej ówczesnej aktywności (czasem wyśmiewanej) cierpi biedę i
przeżywa długotrwałe, koszmarne stresy i poniżenie. Ich koledzy, którzy
pozostali w zakładach, biurach, instytucjach, niekiedy z konformistycznymi
postawami, mają dziś satysfakcjonującą ich pracę, mają wysokie zarobki,
adekwatne do swojego wykształcenia stanowiska, robią kariery menedżerskie,
niektórzy z nich przejęli nawet przedsiębiorstwa na własność, stali się ich
właścicielami lub współwłaścicielami, są wpasowani w odpowiednie układy.
Spora część
osób, które znalazły się dziś na dnie ekonomicznym i społecznym mimo swego
upokorzenia zdobywa się ciągle na to, by oddzielać swoje niepowodzenia od oceny
sytuacji w kraju. Oceniając to, co dzieje się w kraju stara się kierować
zdrowym rozsądkiem. Niektóre z tych osób sprzeciwiały się kiedyś aktywnie
komunistycznemu ustrojowi, były silnie, emocjonalnie związane z ruchem
przemian, z „Solidarnością”. W stanie wojennym angażowały się na miarę swoich
możliwości i predyspozycji czynnie w działania przeciw reżimowi, drukowały
ulotki, gazetki, rozwieszały ulotki na ulicach, w budynkach, w zakładach pracy,
uczestniczyły w anty reżimowych demonstracjach, były bite przez zomowców,
przebywały w aresztach, kolegia karały je grzywnami. Mimo, że identyfikowały
się z ruchem „Solidarności”, nie zostały działaczami ani związkowymi, ani
partyjnymi, nie, dlatego, że mają coś przeciw takiej działalności, przeciw
demokratycznym strukturom, ale po prostu chciały spokojnie żyć, spokojnie
pracować we własnych zakładach rzemieślniczych, w zakładach przemysłowych,
instytucjach niepolitycznych. O to przecież również walczyły, aby ludzie
niezorganizowani politycznie mogli też godnie żyć. Okazuje się jednak, że w
firmach, instytucjach liczą się przede wszystkim znajomości, układy i
przynależności. W polityce, w samorządach, w firmach, w radach nadzorczych i w
innego typu instytucjach działają często ludzie, którzy trwają przy władzy
jeszcze od czasów komuny, którzy paradoksalnie czując w dalszym ciągu sentyment
do socjalizmu, odnaleźli się szybko w nienawidzonym jeszcze niedawno przez nich
ustroju kapitalistycznym i są bezwzględnymi, pazernymi kapitalistami lub weszli
z kapitalistami w układy. Są też i nowi działacze, którzy tak jak i tamci wykorzystują
instytucje demokratyczne do wejścia w układy, do załatwiania własnych
interesów. Zjawiska takie są niestety częste, a w odczuciu społecznym
powszechne. Bulwersująca jest pazerność na pieniądze i władzę niektórych
starych i nowych działaczy, menażerów, urzędników. Bulwersujące są zarobki,
odprawy dyrektorów, kierowników w firmach państwowych, przemysłowych,
handlowych i innych jednostkach gospodarczych i to nawet w takich, w których
efekty ekonomiczne są mizerne. Bulwersująca jest powszechność korupcji. Jeśli
można zrozumieć całą trudną sytuację gospodarczą kraju, to niektóre jej aspekty
budzą sprzeciw i pogłębiają frustrację osób, które nie wciągnęły się w układy
czerpiące profity z przemian, które cierpią biedę.
Główna
przyczyną nieszczęść Polaków (również moich), źle funkcjonującej gospodarki,
społecznych patologii nie są chyba, tak jak to często się słyszy, reformy
przeprowadzone przez Balcerowicza. Były one pewnie konieczne, były narzędziem
pozwalającym na przestawienie, przeniesienie naszej gospodarki z bajorka na
szerokie wody gospodarki światowej. To, co się z nią dzieje teraz, jak sobie
ona radzi, to już inny rozdział ekonomicznych zmagań. Gospodarka jest, jaka
jest. Po jednoczesnym upadku gospodarek wschodnich, rynków państw byłego bloku
komunistycznego, załamała się zupełnie wymiana handlowa z tymi państwami. Nie
było dla kogo produkować. Gospodarka musiała i musi się nadal przekształcać,
zmieniać zasady funkcjonowania, swoją strukturę. I tak dzięki odważnym reformom
rządów solidarnościowych, dzięki reformom Balcerowicza, gospodarka nasza
obroniła się przed jeszcze większą zapaścią, zdołała się przeorientować na
bardziej wymagające rynki zachodnie. Zaczął się proces unowocześniania i
dostosowywania do gospodarek Zachodu, rozpoczął się proces jej dostosowywania
do potrzeb wewnętrznych i zewnętrznych, zmienił się profil inwestycji na
bardziej konsumpcyjny, surowce i półprodukty z Zachodu przestały być bardzo drogie
i niedostępne, uniezależniamy się od surowców Rosji. Dopiero teraz porównując
naszą gospodarkę z gospodarkami rozwiniętymi, wchodząc w „obieg”
międzynarodowego handlu, wspólnych inwestycji i gospodarczej współpracy
uwidoczniła się przepaść, jaka dzieli naszą gospodarkę od gospodarek
rozwiniętych, dopiero teraz widać jak słaba była gospodarka komunistyczna i jak
śmieszne i zakłamane były hasła głoszone przez komunistów. Oczywistym jest, że
komuniści nie oddaliby władzy gdyby nie zrujnowali gospodarki, gdyby nie
skończył się okres jej ożywienia dzięki potężnym kredytom z Zachodu, gdyby nie
zabrnęli w „ślepy zaułek” gospodarki ekstensywnej, „ręcznie” sterowanej. W
każdym państwie zapóźnionym, rozwijającym się dopiero ekonomicznie istnieje
dylemat, czy postawić na szybszy rozwój gospodarki kosztem pomocy socjalnej
najuboższym, kosztem nawet społecznej sprawiedliwości, czy udzielać większego
wsparcia najuboższym, dbać o w miarę sprawiedliwy podział dóbr, hamując rozwój
ekonomiczny kraju. Wydaje się, że pierwsze podejście jest bardziej rozsądne. W
dłuższej perspektywie na rozwoju gospodarki korzystają wszyscy, również
najubożsi. W drugim przypadku stagnacja powoduje coraz to większe trudności
całego kraju, powiększa ilościowo sfery biedy, pogłębia jeszcze bardziej
ubóstwo jednostek.
Portiernia, 2007 r.
Dziś myślę już zupełnie inaczej, moje
bezkrytyczne zawierzenie decydentom, gospodarczym ekspertom, autorytetom już
dawno przeminęło. Tytuły naukowe, lansowanie kogoś przez władze i publicystów,
że jest on wyrocznią ekonomiczną, fama medialna przestają być dostatecznymi
przesłankami, bym uznał kogoś za autentyczny autorytet. Liczy się empiria i
sprawdzanie się głoszonych poglądów i doktryn w otaczającej nas rzeczywistości
Prowadzona
przez Leszka Balcerowicza i Radę Polityki Pieniężnej zbyt restrykcyjna,
sknerowata polityka monetarna i nad-liberalna i przejęcie neoliberalnej
strategii przez kolejne rządy i jej realizowanie przyniosło przeciwne do
oczekiwanych rezultaty. Spowolniło rozwój, ograniczyło koniunkturę, ludzką
aktywność, doprowadziło do pauperyzacji i bezrobocia wielkich rzesz ludzkich
Na bezrobociu, lipiec
1997r.
Społeczeństwo
jest w stanie wiele zrozumieć.
Społeczeństwo
jest w stanie wiele zrozumieć i znieść w imię lepszej przyszłości swojej, swoich
dzieci i kraju. Jeśli jednak w czasie niewątpliwie trudnych przemian gospodarki
i ustroju państwa pewne wynaturzenia i niesprawiedliwości przyjmują zbyt
drastyczne formy, jeśli przekroczą granicę społecznej tolerancji i
wytrzymałości, granicę nędzy i upokorzeń, jeśli zostanie zagrożona fizyczna
egzystencja ludzi, myślenie w kategoriach nadziei musi być siłą rzeczy wyparte
poczuciem rezygnacji i odruchami obrony i może nastąpić wybuch społecznego
sprzeciwu.
Choćby, dlatego, istnieje konieczność objęcia społeczeństwa przez państwo
osłonami socjalnymi, choćby na minimalnym poziomie a także potrzebna jest walka
z cwaniactwem, z aferami, z patologiami, z niesprawiedliwościami, ze zbyt
dużymi, drastycznymi dysproporcjami w poziomie życia obywateli tego samego przecież
kraju. Grupy społeczne, zawodowe jak dyrektorzy, kierownicy, ale też i
prawnicy, urzędnicy itp. nie powinny żądać (jak to się często zdarza) takich
płac, jakie są w państwach bogatych. Argument, że w takich samych lub podobnych
zawodach osoby pracujące u nas i w krajach bogatych powinny otrzymywać takie
samo lub podobne uposażenia, gdyż wkładają taki sam wysiłek, a ceny produktów u
nas i u nich są podobne jest argumentem nielogicznym i nieetycznym. Płace można
porównywać tylko do płac w innych zawodach w obrębie jednej, tej samej
gospodarki. Jakie by nie były obiektywne przyczyny dzisiejszej sytuacji, za
komuny ludzie pod względem socjalnym czuli się bezpieczniej. Skłamałbym, gdybym
stwierdził, że dziś w nowej rzeczywistości żyje mi się lepiej niż np. w latach
siedemdziesiątych. Jak wielu Polkom i Polakom żyje mi się obecnie bardzo
ciężko. Dzisiejsze bezrobocie coraz bardziej doskwiera. Jak długo pomimo
samodyscypliny, pomimo rozsądku można wytrzymywać nędze i poniżenie? Jak długo
można poświęcać osobiste szczęście, tłumaczyć sobie swoje upodlenie ogólną
sytuacją kraju, jeśli widzi się tyle pazerności, niesprawiedliwości,
niegodziwości, jeśli osoby o porównywalnych zdolnościach, inteligencji,
wykształceniu i zdolności do aktywności, żyją w tak jaskrawo różnych warunkach,
jeśli jedni zarabiają krocie, są u władzy a drudzy są bezrobotnymi lub pracują
za najniższe głodowe stawki, jeśli właściciele firm prywatnych wyzyskują w
sposób drastyczny pracowników (jest to podobno cecha początkowej, pazernej fazy
kapitalizmu), jeśli w firmach państwowych kadra zarabia kilkadziesiąt razy
więcej od szeregowych pracowników, jeśli bogaci, aby dokonać sobie odpisów
podatkowych „inwestują” nie w rozwój przedsiębiorstw, ale w cokolwiek np. w niepotrzebne,
nieefektywne, niewykorzystywane zgodnie z przeznaczeniem „budowle
administracyjne”- pałace, gdy inni nie mają gdzie mieszkać? Zarówno korupcja,
nieuczciwość urzędników, dyrektorów państwowych i publicznych firm jak i
pazerność i hiper egoizm nuworyszy kapitału są dla zwykłych obywateli bardzo
gorszące i ogromnie doskwierają. Z dzisiejszej perspektywy nie dziwią lewicowe
poglądy ludzi w przeszłości, nie dziwi to, że idee socjalizmu były kiedyś,
dawniej tak atrakcyjne, że miały duży, szeroki oddźwięk, również w kręgach
inteligencji.
Bieżące łatanie
biedy być może hamuje lub uniemożliwia rozwój ekonomiczny. Jednak nie można
inwestować w budowę domu, nie zapewniając dzieciom butów. W gospodarkach
ubogich, o dużym bezrobociu nie można z dnia na dzień zastosować skrajnej
liberalnej gospodarki i pozostawić obywateli samym sobie, tak jak tego chcą
skrajni, doktrynalni liberałowie tacy jak np. członkowie Unii Polityki Realnej.
Rozwój biznesu nie może być celem samym dla siebie, powinien być środkiem do
zaspokajania potrzeb właścicieli firm, pracowników i całego społeczeństwa, bo
przecież firmy funkcjonują w tym społeczeństwie i czerpią z niego swoje zyski.
Nawet w państwach o gospodarkach liberalnych, w których społeczeństwa żyją w
dobrobycie nie eliminuje się całkiem polityki socjalnej, polityki wspierania
swoich obywateli. Potrzebne jest wyważenie. Polityka prorozwojowa i polityka
socjalna, opiekuńcza muszą współistnieć. Mogą się tylko zmieniać proporcje
udziałów każdej z nich.
Niektórzy
uważają, że do sukcesu biznesowego czy zawodowego potrzebne są umiejętności,
dobry pomysł, determinacja, wielka praca a szczęście i układy są tylko
dodatkowymi potrzebnymi elementami. Inni, przeciwnie, że decydujące są układy i
szczęście- sprzyjające okoliczności poparte oczywiście innymi wymienionymi
wcześniej elementami. Pewnie jest różnie. Chyba jednak w większości przypadków,
przynajmniej u nas w Polsce wersja druga jest bliższa prawdy.
Na bezrobociu, lipiec 1997
r.
O pustyni i
chaosie na rynku pracy. Nie jestem w stanie znaleźć jakiejkolwiek pracy.
Osoby po
czterdziestce, nawet z wyższym wykształceniem nie mają dzisiaj szans nie tylko
na dobrą, godną pracę, ale mają potężne trudności w znalezieniu jakiegokolwiek
zatrudnienia. Jeśli ktoś wyleciał „z obiegu”, z układów to nowej pracy nie
dostanie. Nie mają oni też szans na otrzymanie kredytu (brak zabezpieczeń).
Irytujące jest też to, że pracodawcy na podrzędne stanowiska do objęcia,
których wystarczyłoby godzinne przeszkolenie, przyjmują tylko osoby, które
ukończyły odpowiedni kurs. Nie liczy się wykształcenie, ogólne możliwości, lecz
konkretny „papier”. Dziś bardziej niż w przeszłości ludzi się szufladkuje, nie
traktuje się ich, jako integralne osobowości, nie ocenia w sposób
„uniwersalny”, całościowy, oczekuje się od nich konkretnych umiejętności, czy
raczej zaświadczeń o tych umiejętnościach, nawet gdy są to umiejętności błahe,
banalne. Nie wierzy się w ludzką inteligencję, w możliwości przystosowania.
Formalizacja ma zastosowanie zarówno tam gdzie jest ona uzasadniona, jak i tam
gdzie nie jest potrzebna, gdzie stanowi rutynową wartość samą dla siebie. Nawet
do tego by otrzymać pracę przy zamiataniu ulicy trzeba się okazać odpowiednim
zaświadczeniem o ukończeniu kursu zamiatania lub trzeba mieć odpowiednie
znajomości. Starając się o pracę trzeba by ukończyć, co najmniej kilkanaście
różnych kursów, gdyż nie wiadomo, który będzie potrzebny przy ubieganiu się o
pracę z kolejnego ogłoszenia, jednocześnie urzędy pracy nie chcą finansować
tego typu szkoleń. Wolą wydawać pieniądze na inne mało efektywne akcje.
Zupełnie nie można liczyć na pomoc ani Rejonowych Urzędów Pracy, ani
komercyjnych biur pośrednictwa pracy. Żądanie okazania jakiegoś „papieru” przez
pracodawców i urzędników służy zresztą w większości przypadków do
zakamuflowania odmowy zatrudnienia. Niektórzy pracodawcy grają w podchody, każą
wypisywać w ankietach wysokości oczekiwanych przez kandydatów do zatrudnienia
pensji. Nie wiadomo czy korzystniej jest podać niską kwotę czy wysoką. Podając
niska można być posądzonym o brak dowartościowania, podając zbyt wysoką o brak
umiaru i chciejstwo. Paradoksalnie osobom z wyższym wykształceniem (o nie
modnym dziś profilu), jeśli się do niego przyznają trudniej jest znaleźć pracę
niż osobom bez takiego wykształcenia. Nawet, gdy starają się o zwykłe „robotnicze”
miejsce pracy, są traktowani bardziej nieufnie, nie wierzy się w ich praktyczne
umiejętności, nawet, gdy okazują świadectwa o ukończeniu odpowiednich kursów.
Oceny przydatności do pracy są pochopne, powierzchowne, schematyczne, nie
opierają się na rzeczywistych umiejętnościach i przydatności a na pojedynczych,
chwilowych, powierzchownych przesłankach. Do pracy są przyjmowane albo osoby z
układów, albo osoby młode. Jest dobrym prawem młodych, aby dobrze wystartowały
w życie, by nie zostały zastopowane już na początku ich zapał i energia. Młodzi
są bardziej ekspansywni, ambitni, mają więcej witalności, ale czy ci po
czterdziestce muszą „iść w odstawkę”, są już nic nieznaczącymi, niepotrzebnymi
odpadami? Denerwująca jest postawa niektórych młodych zwłaszcza na tzw.
stanowiskach, którzy są bardzo butni, zarozumiali. Uważają, że wszystko im się
należy. Skoro ukończyli studia, to mają zarabiać wielkie pieniądze, inni ich
nie obchodzą. Uważają, że skoro inni nie pracują, to sami są sobie winni, bo
sobie nie radzą. W czasie rozmów z młodymi menażerami daje się odczuć ich obawę
o to, by ktoś o większym od nich doświadczeniu zajął ich miejsca i nie
przekonują ich zapewnienia rozmówcy, że nie ma takich intencji, że wystarczy mu
jakiekolwiek stanowisko pracy. Ci młodzi, butni i zarozumiali nie chcą wiedzieć
tego co było wcześniej, nie dociera do nich, że to przecież starsze pokolenie
doprowadziło do przemian, do tego, że mogli oni dzisiaj pobierać nauki w tych
dziedzinach, które są dziś modne. Każde młode pokolenie realizuje się poprzez
różnego rodzaju aktywności, bunty, działania zmierzające do naprawienia świata
(często naiwne, utopijne). Jest to prawo młodych. Dzisiaj jest wiele świetnej,
wspaniałej młodzieży, jednak spora jej część wpisuje się w ogólny trend komercji.
Najważniejszym staje się dla niej zdobywanie dużych pieniędzy, zdobywanie
pozycji w różnego typu władzy, sukces za wszelką cenę. Jedni realizują to
nielegalnie, tworząc bezwzględne mafie, inni drogami legalnymi, prawnie
dozwolonymi, choć często również moralnie dwuznacznymi. Jedni i drudzy
owładnięci są silną rządzą pieniądza, prestiżu, władzy. Pogoń za pieniędzmi,
przysłowiowy wyścig szczurów stały się dzisiaj normą, dominującą i obowiązującą
zasadą. System wymusza dziś wyścig, wciąganie jednostek w rywalizację, w pogoń
za „szmalem”, za władzą. Dziś wielu młodych ludzi już nie zna innego życia, nie
wie, że istnieją inne możliwości spędzenia danego im do przeżycia na Ziemi
czasu. Już od dziecka obserwują zmagania rodziców, są wprzęgani w wyścig: ucząc
się w szkołach za pieniądze rodziców, dążąc do uzyskania nagród, stypendiów na
studiach itd. Zatracane są takie wartości jak koleżeństwo, współodczuwanie,
solidarność, życie we wspólnocie.
W naszej
gospodarczej schizofrenicznej rzeczywistości dochodzi do paradoksów i
skrajności. Z jednej strony na najwyższych, najważniejszych stanowiskach
usadowiło się pełno dawnych działaczy partyjnych o ukształtowanej przez dawny
system komunistyczny mentalności, z drugiej strony stało się modne hasło i
praktyka przyjmowania do firm, urzędów i instytucji na niższe stanowiska osób
całkiem młodych, kształcących się już w nowej rzeczywistości, nieskażonych
dawnym ustrojem. Ludzie nieutożsamiający się z dawnym komunistycznym ustrojem,
ale których młodość i początki zawodowego życia przypadły na okres sprzed
demokracji są automatycznie traktowani jako ci skażeni, napiętnowani. Mój
optymizm, wręcz euforia z okresu: najpierw wybuchu „Solidarności” a później z
okresu tworzenia nowego państwa po 1989r. zmienił się dziś w poczucie gorzkości,
niesmaku, w wręcz w traumatyczne przeżycia, w poczucie beznadziejności,
bezsensu, niemocy.
Osobiście
szkoda mi niekonwencjonalnych czasów, młodzieńczych bezinteresownych buntów,
wspólnych idei i wizji świata. Komercja dzisiaj jest wszechwładna i
wszechobecna. Jest ona może motorem rozwoju, ale niszczy też znakomicie
normalne, pozbawione egoizmów stosunki między ludźmi. Stosunki te stają się
kanciaste, pozbawione serdeczności, solidarności, bezinteresowności.
Dobrze, że
istnieją jeszcze tacy ludzie jak: Kuroń, Kotański, Ochojska, siostra Chmielewska,
Owsiak, siostry i księża z Caritasu i wielu innych, dzięki którym świat staje
się bardziej przyjazny, ludzki. Może na stare
lata dzisiejsi bezrobotni znajdą schronienie w jednym z przytułków stworzonych
przez takie jak oni osoby.
Oczywiście nie
życzę sobie ani innym powrotu do zbrodniczego, siermiężnego socjalizmu. Jednak
i dziś nie czuję się człowiekiem wolnym. Dawniej byliśmy ograniczani przez
państwo. Dziś jesteśmy ograniczani przez oligarchiczne stosunki, jesteśmy
wprzęgani nawet wbrew naszej woli w tryby komercyjnej machiny. Ludzie stali się
maszynami do robienia pieniędzy. Bożek- pieniądz ogranicza ludzkie uczucia,
blokuje międzyludzkie bezinteresowne kontakty. Dawniej państwo, władza
narzucała jednorodne myślenie, dzisiaj wciągani jesteśmy w jednolite myślenie,
w masowy, ogólnospołeczny szczurzy, jednokierunkowy pęd po pieniądze, władzę,
sławę, po sukces za wszelką cenę, jakże często za cenę wyrzeczenia się
moralności. Wystarczy posłuchać młodych ludzi. Chcą szybkich karier, dużych
pieniędzy. Gdzie się podziały dawne ideały, przyjaźnie, wspólnoty dające
jednostkom poczucie bezpieczeństwa i współprzeżywania? Liczy się zunifikowany
„indywidualizm”. Dawniej jednostki były dowartościowywane przez wspólnoty,
wspólnoty nie zacierały, nie odbierały jednostkom indywidualizmu, dziś
indywidualizm jest pozorny, sztampowy, każdy samemu, samotnie podąża w tym
samym kierunku, tymi samymi torami.
Na bezrobociu, sierpień 1997 r.
Denerwują
mnie niesprawiedliwe opinie.
Denerwują mnie
skrajnie nieodpowiedzialne, niesprawiedliwe wypowiedzi niektórych publicznych
osób, którym tak łatwo przychodzi negatywne osądzanie innych, którzy twierdzą,
że bezrobotni i ludzie żyjący w skrajnej biedzie są sami sobie winni, gdyż nie
chcą pracować, zmieniać swego losu. Narzekania na biedę nie są nieuzasadnionym
zrzędzeniem, utyskiwaniem, nie są podyktowane tęsknotą za PRL–em ani
mentalnością, która pozostała po komunistycznym okresie tak jak to komentują
niektórzy politycy i dziennikarze. Trzeba być szczelnie zamkniętym w swoim
zaskorupiałym światku, albo mieć tyle egoizmu i cynizmu, aby wypowiadać tak
dziwne i nieprawdziwe sądy. Za nic mają nauczanie naszego Papieża o potrzebie
ludzkiej solidarności, za nic mają ideały towarzyszące masowemu, społecznemu
ruchowi „Solidarność”, dzięki któremu do przemian w ogóle doszło. Widząc tyle
biedy dookoła, oglądając choćby telewizyjne reportaże, widząc, że gospodarka
kuleje i nie może wchłonąć bezrobotnych i jednocześnie twierdzić, że biedni, bezrobotni
są sami sobie winni gdyż nie chcą pracować lub że są nie mobilni, ze nic nie
robią, by pracę znaleźć, to skrajna nieodpowiedzialność. Ciekaw jestem, jaka
część z tych osób, które tak zdecydowanie wyrażają swoją dezaprobatę dla tych,
którzy nie pracują, którzy nie mogą jej znaleźć, znalazła pracę lub rozpoczęła
własną działalność zarobkową sama, bez pomocy rodziny, znajomych, wyłącznie
przy pomocy własnej inicjatywy, przy pomocy składanych podań, przeprowadzonych
osobiście rozmów. Na pewno wśród bezrobotnych są i tacy, którzy nie chcą
pracować, jednak uogólnianie, nie dostrzeganie wysiłków i bezsilności ludzi,
którzy starają się o pracę, o wyjście z nędzy, często z nędzy skrajnej, jest
czymś niezrozumiałym. Mało jest osób, które potrafią być całkowicie obiektywne,
na których osobista sytuacja czy otoczenie w sposób świadomy lub podświadomy
nie rzutują na ich sposób postrzegania rzeczywistości. Sprawdzają się niestety
powiedzenia, że sposoby widzenia zależą od miejsca siedzenia i że syty nie
zrozumie głodnego, zdrowy chorego itd. itp. Ci, którym dobrze się powodzi,
którzy mają np. własne biznesy powinni zrozumieć to, że wszyscy bogaci i
biedni, pracodawcy i pracobiorcy, producenci i odbiorcy dóbr, funkcjonujemy w
tej samej gospodarce, na tym samym rynku, jesteśmy ze sobą powiązani i gdy
będzie się wiodło dobrze wszystkim obywatelom, całemu społeczeństwu, to i im
będzie łatwiej funkcjonować, a ryzyko załamania się ich godnego bytowania
będzie mniejsze. Im mniej biedy, im mniej obywateli, współmieszkańców terytorium
naszego kraju znajdzie się poza „burtą”, tym większa będzie chłonność rynku,
tym szerzej gospodarka będzie funkcjonować wewnątrz kraju, tym lepiej
funkcjonować będzie podział pracy, tym mniej będzie ograniczeń, tym większe
będą możliwości rozwoju, a gospodarka nie będzie się wtedy zawężać, nie będzie
się kisić w okrojonych kręgach odbiorców, producentów i usługodawców. Problemy
społeczne, społecznych dołów nie docierają do świadomości elit politycznych,
biznesowych, elit działających w informacji i kulturze. Nawet wtedy, gdy
przedstawiciele tych elit deklarują, że są zorientowani, ich wiedza jest
powierzchowna, „nieprzeżyta”. To tak jakby wypowiadali się o czymś, co jest
daleko i o czym usłyszeli przypadkowo i tak naprawdę nie dociera to do nich w pełni.
Z niektórych komentatorów wychodzi albo głupota i lenistwo- podchodzą do
problemu mniej niż powierzchownie, zupełnie nie dociekają przyczyn zjawiska-
albo sadystyczna natura, natura właścicieli niewolników Sami zarabiając godziwe
pieniądze lekko i bezproblemowo wygłaszają kwestie, że ludzie są leniwi, bo nie
chcą pracować za proponowane im stawki, gdy te ich zarobki nie wystarczyłyby
nawet na najpotrzebniejsze wyżywienie, na uzupełnienie spalonych w czasie pracy
kalorii i które to oficjalne zarobki były by im odebrane na zaległe opłaty.
W dzisiejszej
audycji radiowej upatrywano przyczyn życia w nędzy pracowników byłych PGR-ów w
tym, że ludzie ci nie potrafią odnaleźć się w dzisiejszej rzeczywistości, że w
PRL-u żyli biednie, ale mieli poczucie bezpieczeństwa, a dziś są w stanie
inercji, nie potrafią zadbać o zmianę swego losu. Takie przedstawianie problemu
ludzi bezrobotnych jest dla mnie bezdusznym traktowaniem ludzi, może prostych,
może niezaradnych, jako nic nieznaczących śmieci, które tylko przeszkadzają,
zakłócają spokój sumień i psują krajobraz społeczny. Mam nawet wrażenie, że
chyba najchętniej pozbyto, by się ich w sposób fizyczny. Prawdą jest, że
nieszczęście pracowników PGR-w i ich rodzin ma swe źródło w bezsensownym
systemie stworzonym za czasów komuny. Jednak zbyt łatwo po istnieniu 8 lat
demokratycznego ustroju usprawiedliwia się nędzę swych współobywateli tylko
winami PRL-u. Oczywiście nie jest winą dzisiejszego systemu i dzisiejszego
państwa to, że zlikwidowano nieefektywne PGR-y i ludzie pracujący w nich
stracili pracę, ale winą dzisiejszego systemu i dzisiejszego państwa jest to,
że rynek pracy ich nie wchłonął, że państwo pozostawiło ich samym sobie.
Wbrew
twierdzeniom niektórych osób, które zaliczają siebie do elit, przeciętni Polacy
nie są wrogo nastawieni, nie występują przeciw elitom, przeciw autorytetom i
przeciw ludziom bogatym. Przeciętnym Polakom nie chodzi o to, by nikt nie
wyrastał ponad przeciętność, chodzi im o to, by nie było w Polsce ludzi
wyrzuconych za nawias społecznej wspólnoty, ludzi „zatopionych”.
Na bezrobociu, sierpień 1997 r.
O
sposobach myślenia kadry menedżerskiej i urzędniczej.
Tak właściwie w
przedsiębiorstwach, w urzędach uznaje się dzisiaj tylko studia na kierunkach
prawniczych, prawniczo- administracyjnych, ekonomicznych i na coraz to
modniejszym kierunku: zarządzania i marketingu. .Zupełnie ignoruje się i
lekceważy absolwentów studiów politechnicznych. Tak jakby myślenie było
przypisane tylko do niektórych kategorii absolwentów. Hermetyczny establishment
urzędniczo- polityczny z poczuciem wyższości odnosi się do tych absolwentów,
nie dowierzając, by mogli oni myśleć w kategoriach ogólnych, humanistycznych,
by dostrzegali problemy człowieka i współczesnego świata. Nastała nawet moda na
chwalenie się ignorancją w dziedzinach matematyczno – fizycznych i brakiem
umiejętności myślenia ścisłego. Przedstawia się to, jako zaletę, jako korzystny
brak obciążenia dla myślenia humanistycznego, tak jakby jedno myślenie
wykluczało drugie. Nawet w mieście, w którym miejscowa politechnika jest w
ogólnopolskich rankingach wartości szkół wyższych lepiej oceniana od
miejscowego uniwersytetu urzędnicy i menedżerowie z podejrzliwością, z
poczuciem wyższości i z butą odnoszą się do absolwentów studiów technicznych
zupełnie odbierając im szansę na dostosowanie do wymogów konkretnego miejsca
pracy, wolą przyjąć osobę ze średnim wykształceniem kierunkowym niż absolwentów
politechniki.
Owczy pęd i
zachłyśniecie się kapitalizmem, wolnym rynkiem, handlem, reklamą, sektorem
finansowym i zarządzaniem powoduje, że produkcja, technika technologie, które
przecież decydują o jakości egzystencji ludzi i społeczeństw są dziś traktowane
jako balast.
Na bezrobociu, sierpień
1997 r.
O upokorzeniu
i braku pokory.
Trzeba mieć w
sobie dużo pokory, aby nie czuć się upokorzonym brakiem pracy, brakiem
pieniędzy, biedą. Ja niestety nie mam w sobie tyle siły ducha, tyle stoickiego
spokoju, by spoglądać z dystansem na to co dzieje się w Polsce, by znosić to
cierpliwie, bez buntu, bez poczucia upokorzenia, by spoglądać na to co dzieje
się dookoła mnie, z perspektywy jaką proponują mądrzy ludzie Wschodu.
Na bezrobociu, sierpień
1997 r.
O poglądach
Korwina Mikke i działaczach Unii Polityki Realnej.
Teorie Mikke są
tak samo utopijne jak teorie Marksa. Jego pomysły i teorie nie uwzględniają
tego, że w naturze ludzkiej tkwią obok dobrych cech także te złe, egoizm,
próżność, chytrość, chęć dominowania. Mam wrażenie, że wprowadzenie jego teorii
w życie nie tylko by te negatywne cechy utrwaliło, ale prowadziłoby do ich
pogłębienia. Okresy niewolnictwa to też przecież wolność rynkowa,
niedemokratyczna gra sił, wykorzystywanie jednych przez drugich, słabszych
przez silniejszych, prostolinijnych przez cwańszych itd. Ludzie od zarania
dziejów organizowali się w grupy, we wspólnoty, po to, by było im łatwiej żyć i
po to, by się wzajemnie wspierać, by wykorzystywać różne talenty i umiejętności
poszczególnych swych członków, by silniejsi bronili słabszych, by sprytniejsi,
inteligentniejsi opiekowali się mniej zaradnymi itd. Kształtowały się coraz to
doskonalsze organizacje, coraz to doskonalsze demokracje. Społeczeństwa coraz
bardziej się integrowały Tworzono też coraz to nowe normy postępowania i
współżycia. Oczywiście z czasem to tworzenie norm poczęło przybierać coraz
bardziej drastyczne, skrajne formy, zabierające coraz to więcej wolności
jednostkom. Tak jak we wszystkich dziedzinach życia potrzebne jest zachowanie
równowagi. Żadne przerosty, żadne skrajności nie prowadzą do dobrego Doktryny
głoszące skrajne tezy, zawierające skrajne, a przy tym „czyste, przejrzyste” i
uproszczone poglądy są chwytliwe. Również hasła gospodarki rynkowej i
liberalnej nie powinny stawać się fetyszami, zaklęciami, nie powinny stawać się
doktryną.
I ci, którzy
chcieliby zbyt drastycznego ograniczenia wolności jednostek w imię dobra
wspólnoty i ci, co chcieliby prawie zupełnego wycofania się państwa z życia
społecznego i pozostawienia społeczeństwa swobodnej grze, swobodnym relacjom
między jednostkami (cofnięcia się do przed państwowych relacji lub utrwalenie
stosunków panujących w państwie kastowym) głoszą niebezpieczne dla
społeczeństwa hasła.
Mikke głosi:
żadnej pomocy, żadnych podatków, żadnych zasiłków, żadnych obciążeń gospodarki.
Myślenie takie może było dobre dawno temu, gdy rozwój gospodarek powodował
szybkie wchłanianie do niej ludzi. Dziś przy szybkim rozwoju technicznym i
technologicznym, przy automatyzacji, racjonalizacji i porządkowaniu organizacji
pracy, przy zwiększaniu się wydajności pracy, nawet przy zwiększaniu się
produktu globalnego i zwiększaniu się sfery usług, duża część społeczeństwa
musi pozostać bez pracy lub znaleźć pracę w usługach lub administracji, również
w takich usługach i takich miejscach administracji, które nie wnoszą wiele publicznego
pożytku (bezrobocie ukryte). Czy bezrobotnych można traktować, jako
bezproduktywny, bezużyteczny balast i pozwolić by byli oni wyrugowani ze
społeczeństwa, by powoli umierali?
Przez wieki
kształtowały się: poziom społecznego rozwoju, społecznego zorganizowania,
kształtowały się charaktery ludzi i społeczeństw. O poziomie społecznego
rozwoju świadczy między innymi poziom społecznej solidarności. Społeczeństwa
nie godzą się na to, by stosunki społeczne były kształtowane przez prawa buszu,
na prymitywne „ptasie” czy „gadzie” myślenie i relacje, gdzie osobnicy
silniejsi pożerają słabszych. Czy o rozwoju społecznym decydują wyłącznie
wskaźniki produktu globalnego, średnie dochody jednostek? Czy w naszym myśleniu
nie powinny pojawić się inne wskaźniki rozwoju, stanu społecznej kondycji? Czy
procent, liczba osób pozostających na społecznym marginesie, żyjących w nędzy,
pozostających bez środków do życia, liczba ludzi chorych, liczba ludzi
bezdomnych, wysokość najniższych pensji itd. nie są prawdziwymi, najważniejszymi
wskaźnikami na podstawie, których można oceniać poziom społecznego rozwoju?
Jeśli ludzkość pretenduje do tego, by wyróżniać się ze świata zwierząt, to
powinniśmy pozbywać się swoich egoizmów, powinniśmy rozwijać w sobie takie
cechy jak współczucie, społeczną solidarność itp. Jeśli komuś nie odpowiada
życie stadne, może przenieść się przecież w odludne miejsce i żyć samemu, bez
wspierania innych ale i bez korzystania z pomocy innych i bez korzystania z
dorobku wspólnoty, choćby w postaci infrastruktury państwa.
Poglądy Korwina
Mikke są tylko pozornie logiczne, są bardzo uproszczone, jednostronne,
wycinkowe, nie uwzględniają całej złożoności funkcjonowania gospodarki i życia
społecznego. Obejmują tylko jedną dziedzinę gospodarki, jaką są podatki i to w
sposób bardzo powierzchowny. Zadufanie, wiara w nieomylność, w jedynie słuszne
poglądy działaczy Unii Polityki Realnej są chorobliwe, są przejawami myślenia
doktrynalnego, ideologicznego.
Mikke nie potrafi wyjść z ograniczeń
perspektywy pojedynczego gospodarczego gracza. Gdyby uwolnił się od wąskiej i
bliskiej perspektywy i zobaczył problemy w perspektywie szerszej i dalszej, to
w wielu przypadkach, dostrzegłby, że jego widzenie było ograniczone.
Styczeń 2005
Korwin Mikke to
zarozumiały, kabotyn, pozer, cynik z poczuciem wyższości, uważający siebie za
wybitnie inteligentnego osobnika. Szowinista męski i ideowy, totalnie liberalny
gospodarczo i zachowawczy ideowo, konserwujący mentalność kastową, z prawie
zerowymi współodczuwaniem i spolegliwością.
Potrzebny są
umiar i rozwaga.
Czy
samoregulacja rynku i życia społecznego wystarczy do etycznego i efektywnego
funkcjonowania państwa i społeczeństwa? Chęć wpływania jednostek, grup na zorganizowanie
życia społeczno- gospodarczego jest tak stara jak to społeczne zorganizowanie.
Naturalnym procesom organizowania się społeczności towarzyszą naturalne chęci i
procesy wpływania na nie osób i grup. Również organizowanie się społeczeństw w
państwa, wyłanianie różnymi drogami osób zarządzających tymi państwami i
wpływanie rządzących na państwa i pośrednio na społeczeństwa, to naturalne,
historyczne procesy. W demokracjach społeczeństwa wybierają kompetentne władze,
by poprzez nie mieć wpływ na to co dzieje się w państwie. Dlatego pewien
wyważony, kontrolowany wpływ rządzących na procesy zachodzące w państwie jest
naturalnym i pożądanym stanem rzeczy.
Dlatego głosy
skrajnie liberalne, by państwo całkiem wycofywało się z życia społecznego, z
życia swych obywateli, by wolny rynek i wolna gra osób i grup same regulowały
społecznymi relacjami są zaprzeczeniem tych naturalnych tendencji i potrzeb,
przynajmniej w obecnej fazie społecznego rozwoju. Choćby działanie grup
przestępczych wpływających na rynek z pozycji brudnej siły, poprzez
zastraszanie i fizyczne eliminowanie przeciwników, oszustwa, lichwa, ale też
inne może mniej drastyczne patologie wymagają przeciwstawienia się państwa.
Dlaczego państwo nie miałoby bronić swych obywateli, dlaczego miałoby
pozostawiać grę innym mniej zorganizowanym i słabszym podmiotom? Dlatego głosy
skrajnie liberalne, by państwo całkiem wycofało się z życia społecznego, z
życia swych obywateli, by wolny rynek i wolna gra osób i grup same regulowały
społecznymi relacjami są zaprzeczeniem tych naturalnych tendencji i potrzeb.
Państwo, jako forma organizacji społeczeństwa nie jest jeszcze niepotrzebnym
przeżytkiem. Oczywiście, zbytnie ingerowanie państwa w życie nie tylko
pojedynczych osób, ale i w funkcjonowanie grup i społeczności, a zwłaszcza
narzucanie siłą ustroju i praw jest szkodliwe i niemoralne. Odczuliśmy to
zresztą drastycznie na „własnej skórze” żyjąc w PRL-u. Oczywiście państwo, jako
gracz najsilniejszy, dysponujący największymi możliwościami, największymi
aparatami kontroli i przymusu powinno zachować szczególną ostrożność i umiar w
tej grze, powinno stale samo ograniczać się. Ale nawet w państwach
rozwiniętych, bogatych, dobrze zorganizowanych istnieją różnego rodzaju zakazy i
ograniczenia.
Rządzący
dzisiaj Polską działają tak jakby obawiali się, że zelżenie liberalnych, ale
też trudnych warunków gospodarowania i wprowadzenie więcej społecznego
solidaryzmu oznaczałoby powrót do skompromitowanego ustroju „społecznej
sprawiedliwości”, do komunizmu.
Potrzeba od czasu do czasu trochę syntezy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz